od_nowa

Ewa Sadowska, ul. Łukasiewicza

Aleksandra Podlejska: Na jakim obszarze pl. Grunwaldzkiego pani mieszka?

Ewa Sadowska: Mieszkam dokładnie naprzeciwko starych klinik. Właśnie tam jest ul. Łukasiewicza, po jednej jej stronie są numery parzyste, po drugiej nieparzyste, a po środku jest skwerek, od niedawna nazwany imieniem Ireny Sendlerowej.

AP: Sama wybrała pani to miejsce na swój dom?

ES: Nie, to rodzice zadecydowali, żeby tutaj zamieszkać. W 1958 roku przenieśli się tutaj z Biskupina. Zamienili swoje mieszkanie, które było mniejsze na większe przy ul. Łukasiewicza. Prawdopodobnie, jeszcze przed wojną mieszkali tutaj pracownicy okolicznych wyższych uczelni, bo moje mieszkanie znajduje się dokładnie naprzeciwko Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej.

AP: Pani rodzice zdecydowali się więc na zamieszkanie na pl. Grunwaldzkim przede wszystkim ze względu na większy metraż mieszkania, nie na samą dzielnicę?

ES: Tak, tak, nasza rodzina była duża. W domu było nas troje, potem dołączyli także dziadkowie spod Wrocławia. Tak więc na tych 112m² mieszkało prawie 10 osób. Tamto mieszkanie było więc zdecydowanie za małe. Także to był wybór związany na pewno z wielkością mieszkania, bo nikt w tamtych czasach, w 1958 roku nie zastanawiał nad wyborem dzielnicy. Wtedy, aż do lat 70. ludzie myśleli, że wrócą na tak zwane „stare śmieci”, czyli na wschód, skąd przybyli do Wrocławia po wojnie. Wiele osób nawet się nie rozpakowywało.

AP: Czyli pani rodzina przybyła do Wrocławia właśnie ze wschodu?

ES: Tak, ze wschodu. Od 1933 mieszkali we Lwowie. Często wspominali to miasto z wielką miłością. Sama wybrałam się do Lwowa 3 lata temu i rzeczywiście to miasto ma piękną atmosferę, jednak dla mnie to Wrocław jest domem, miastem młodości i dzieciństwa.

AP: Często spotykam się z porównywaniem przez ludzi Wrocławia i Lwowa, czy Pani rodzice także porównywali ze sobą te miasta? Jak oceniali przy tym Wrocław?

ES: Myślę, że porównując te miasta, patrzyli na nie przede wszystkim przez pryzmat swojej młodości i wspomnień, tego gdzie przeżyło się najlepsze lata. Młodość odczuwa się najintensywniej, wtedy też zawiera się najwięcej ważnych znajomości, dlatego też moi rodzice wspominali Lwów z wielkim sentymentem i zachwytem.

AP: Rozumiem, że mieszka Pani cały czas w tym mieszkaniu, do którego wprowadziła się pani z rodzicami?

ES: Tak, to jest to samo mieszkanie. Ja jednak nie mieszkałam w nim cały czas. Spędziłam tutaj wiele lat, bo tutaj chodziłam do szkoły, tutaj też studiowałam germanistykę. Potem po studiach ruszyłam Polskę i mieszkałam w różnych miejscach, natomiast od 7 lat znowu jestem tutaj, we Wrocławiu, na osiedlu pl. Grunwaldzki.

Wrocławskie Rondo Regana otoczone donicami z zielonymi roślinami.
fot. Marta Sobala

AP: Co skłoniło Panią do powrotu?

ES: Moja siostra przekazała mi to właśnie mieszkanie. Ponadto opiekuję się teraz moją mamą, która ma 96 lat i jej siostrą, młodszą o 2 lata.

AP: Czyli to jednak troska o rodzinę zadecydowała o pani przeprowadzce do Wrocławia?

ES: Tak, właśnie tak.

AP: Jaki pierwszy obraz placu Grunwaldzkiego po przeprowadzce z Biskupina utkwił Pani w głowie?

ES: Pamiętam, że klatka schodowa była tutaj pełna dzieci! Teraz, po tylu latach jest zupełnie inaczej. Dzieci można policzyć na palcach jednej ręki, wszyscy mieszkańcy tej okolicy są już starsi. Z dzieciństwa pamiętam zabawy na naszym skwerku przed domem. Wtedy nie było prawie żadnego ruchu drogowego, na całej ulicy stał może jeden samochód i wtedy, jako dzieci oglądaliśmy go z każdej strony. Pamiętam teatrzyki na podwórku, różne zabawy, gry, piaskownicę. Na ul. Smoluchowskiego graliśmy w piłkę i zbijanego, no i oczywiście w podchody! Wtedy też wszystkie klatki schodowe były otwarte, nie tak jak dzisiaj, że każda posiada domofon i trzeba wstukać na nim kod. Tutaj się biegało od podwórka na ulicę w 1958 roku. W mojej części pl. Grunwaldzkiego było bardzo, bardzo bezpiecznie. Wydaje mi się, że nieco inaczej było po drugiej stronie, tam, gdzie ul. Szyczytnicka i Ładna - teraz jest na pewno inaczej. Kiedyś były tam nieco gorsze warunki mieszkaniowe. U nas w mieszkaniach były łazienki, centralne ogrzewanie, tam niestety było zupełnie inaczej.

AP: A jakieś charakterystyczne budynki, które zauważyła Pani jako pierwsze na pl. Grunwaldzkim?

ES: Na pewno budynki politechniki, te wszystkie najbliżej mojego mieszkania. Nowy Wydział Mechaniczny naprzeciwko, Hutniczy po przekątnej. To pamiętam. Nie było sedesowców. Pierwszym wieżowcem na pl. Grunwaldzkim był ten, naprzeciwko pasażu, tam mieszkali pracownicy uczelni. Natomiast na samym placu było gruzowisko, pozostałe po wojnie, po tym jak Niemcy przygotowywali lądowisko. Mama zawsze ostrzegała nas: „tylko nie idźcie na gruzy”. W miejscu, w którym dzisiaj znajduje się Studium Języków Obcych Politechniki, znajdowała się w tamtych czasach moja podstawówka. Pamiętam, że dojście do niej było przekomiczne. W okolicy była ludwisarnia, obok której przechodziłam codziennie do szkoły. Nie szłam nad Odrą, ale właśnie między starymi budynkami. Dalej mijałam kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i dochodziłam do mojej szkoły nr 12. Moja siostra chodziła już do nowo wybudowanej szkoły przy ul. Janiszewskiego. Przy ul. Norwida, bliżej Odry, w budynku AZS-u była kiedyś sala, w której „na sucho” ćwiczyło się wioślarstwo. Patrzyło się przez okienko nad odrę i trenowało ruchy wiosłem. Odbywały się tam też zajęcia z szermierki, na które chodziła moja siostra. To było w tym budyneczku nad samą Odrą.

AP: Wspominała pani o gruzowisku.

ES: Tak, gruzowisko było przed Pasażem Grunwaldzkim, tak to pamiętam. Tak jak już mówiłam, zawsze jak wychodziłam z domu, mama pytała mnie gdzie idę i ostrzegała, żebym tylko nie szła na gruzy. To były zwały kamieni, można było się na nich pokaleczyć.

AP: Kiedy to gruzowisko zaczęło znikać?

ES: Szczerze mówiąc ciężko jest mi powiedzieć. Wydaje mi się, że kiedy byłam w szkole średniej, to już go nie było. Do liceum jeździłam na Sępolno, bo kiedyś była rejonizacja i tam właśnie zostałam przydzielona. Dlatego właśnie szłam w zupełnie innym kierunku, codziennie kupowałam bilet na tramwaj za 50 groszy i jechałam na Sępolno. Przez to nie zauważałam tego jak powoli te gruzy znikały. To musiało stać się jakoś tak bez mojej obecności.

AP: A jak pamięta Pani inne, późniejsze przemiany placu Grunwaldzkiego?

ES: Kiedy powstawały na przykład słynne sedesowce, mnie akurat nie było we Wrocławiu. Wiem, że to była wielka radość, bo po tamtej stronie był bałagan. W miejscu, gdzie dziś jest budynek Grunwaldzki Center była kiedyś przestrzeń zupełnie wolna, tam zakręcały autobusy, zawsze stał tam saturator. Wie Pani co to jest saturator?

AP: Niestety, chyba nie.

ES: To był taki wózeczek podłączony do wody, przy nim stał pan, który miał w butelce sok. Można było przyjść, się napić jeśli było się spragnionym. Była woda z bąbelkami i z malinowym sokiem. Piło się z tych szklanek, z których pili już wcześniej inni ludzie, one niby były płukane, ale wiadomo jak to wyglądało. Tak więc tam była zupełnie wolna przestrzeń, nie było tego budynku, stało może kilka kiosków i autobusy czekające na odjazd. Po drugiej stronie natomiast w miejscu Pasażu Grunwaldzkiego przez jakiś czas stał duży namiot, pod którym toczyło się handlowe życie, a za nim znajdował się plac targowy. Było to bardzo ciekawe miejsce, w którym było mnóstwo przeróżnych rzeczy, głównie spożywczych, ale znaleźć można tam było także różne starocie. Pamiętam, że babcia mojej koleżanki sprzedawała na tym targowisku. Przyjeżdżały tam nawet wozy konne z chlebem, warzywami. Plac Grunwaldzki był kiedyś zupełnie inny niż dzisiaj. Będąc zajętym codziennymi sprawami i troskami, nie zauważało się od razu tych zmian, które powoli wkraczały na obszar osiedla.

AP: Jakie były pani odczucie w momencie, kiedy już zauważyła Pani te zmiany?

ES: Kiedyś plac był po prostu dużą przestrzenią, zupełnie niezagospodarowana, szczególnie po drugiej stronie, w okolicach ul. Polaka. Dobrze, że pomyślano o tych terenach i zajęto się nimi. Cieszę się również, że stare kamienice są remontowane i odnawiane. Teraz to wszystko wygląda pięknie. Nie wiem tylko co z ul. Curie- Skłodowskiej, dlaczego jej nie remontują jeszcze. Tam też są piękne kamienice. Nie wiem też co z ul. Szczytnicką, którą także należałoby się zająć.

AP: Czyli można powiedzieć, że to są pani oczekiwania, aby to zmieniło się w Pani okolicy?

ES: Tak. Chciałabym, żeby odnowiony został ten ciąg budynków do mostu Zwierzynieckiego. Wiem, że sam most ma zostać odnowiony, z czego bardzo się cieszę. Wiem jednak, że bardzo ciężko jest otrzymać pieniądze na odrestaurowanie kamienic. Ja sama mieszkam w budynku z 1925 roku, pięknym, ale czekamy teraz na remont od strony podwórka. Od czasów wojny nie było tutaj nic robione, a myślę, że już przyszedł czas, aby pozbyć się śladów po kulach.

AP: Jak obecnie czuje się Pani na placu Grunwaldzkim, czy czegoś Pani brakuje?

ES: Jest mi tu dobrze i nie mam na co narzekać. Akurat pod samym domem mam skwerek, tak więc mam dużo zieleni, zarówno od podwórka, jak i z drugiej strony. Jedyną rzeczą, której brakuje wielu mieszkańcom są ławeczki.

AP: Ma Pani swoje ulubione miejsce w okolicy, w której Pani mieszka?

ES: Ja bardzo lubię chodzić od mostu do mostu. Wędrówkę zaczynam na Curie- Skłodowskiej, idąc do Mostu Zwierzynieckiego, potem idę obok kanału, nadbrzeżem politechniki. Wybrzeże Wyspiańskiego jest teraz pięknie odnowione, bo kiedyś było strasznie zarośnięte. Idąc nadbrzeżem dochodzę do Mostu Grunwaldzkiego i na wysokości Łukasiewicza skręcam już do siebie. Takie właśnie robię sobie spacery nad Odrą.

Trzy osoby spacerują po pięknie zdobionym moście Zwierzynieckim.
fot. Marta Sobala

AP: A w młodości, czy też dzieciństwie to też było Pani ulubione miejsce, czy wtedy było to coś zupełnie innego?

ES: Tutaj było wtedy nieciekawie. Kiedyś często chodziłam do Parku Szczytnickiego, który jest zaraz za mostem. Moja mama zawsze mnie ostrzegała, żebym uważała, bo w tamtych czasach park był zaniedbany, zarośnięty, to były lata właściwie tuż po wojnie, więc ludzi kierował tez lęk. To były tez czasy, kiedy nie byliśmy do końca pewni, czy zostaniemy tutaj. To nadal nie były lata, kiedy granice państwa były pewne.

AP: Na koniec chciałabym jeszcze zapytać, w którym momencie, na przestrzeni lat było, albo może jest, Pani na osiedlu najlepiej?

ES: Na pewno studia bardzo dobrze wspominam. Szły mi nieźle, a do tego miałam świetnych znajomych, fajne towarzystwo, z którym utrzymuję kontakt do dzisiaj. W przyszłym roku minie 50 lat od zakończenia moich studiów. Były to też smutne czasy, bo po drodze był też 1968 rok, przykre studenckie historie. Miałyśmy jedną koleżankę pochodzenia Żydowskiego, która na drugim roku studiów nam zniknęła. Po ponad 30 latach, kiedy udało nam się zorganizować spotkanie pojawiła się na nim i przeprosiła nas za to, że nic nam nie powiedziała, ale to wszystko działo się w tamtych czasach znienacka. Ludzie dostawali wiadomości, że mają się stawić w danym miejscu o danej porze i nie mieli czasu na pożegnania. Co prawda u nas, we Wrocławiu nie odczuwało się tego tak mocno jak w Warszawie. Ponadto na uniwersytecie mieliśmy wtedy wspaniałego rektora, Alfreda Jahn’a, który nas nie opuścił w czasie strajków. Bardzo mile wspominam cały ten czas, mimo najróżniejszych historii, niekoniecznie wesołych.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.

Polityka prywatności