od_nowa

Janusz Pawlicki, ul. Skłodowskiej-Curie 9

Usługowy Zakład Zegarmistrzowski


Aleksandra Podlejska: Jak to się stało, że wraz ze swoim zakładem pojawił się Pan na Placu Grunwaldzkim?

Janusz Pawlicki: Pracowałem w serwisach szwajcarskich zegarków i ta firma się po prostu rozpadała, do tego inflacja była bardzo potężna i nasze zarobki nie były satysfakcjonujące. Dlatego trzeba było pomyśleć o tym co dalej. Zdecydowałem się otworzyć swój własny zakład. Tutaj, w tym miejscu była piwnica. Ja tę piwnicę, po otrzymaniu zgody od Urzędu Miasta, wyremontowałem i przystosowałem do tego, aby powstał w niej zakład. Ta piwnica była czyjaś, ta osoba mi ją odsprzedała, choć nie miała do tego prawa, ponieważ za komuny nic nie było czyjeś. Dlatego trzy razy kupowałem tę piwnicę, nawet po tym jak ją wyremontowałem i przystosowałem. Tutaj wcześniej nie było nic, to była zwykła piwnica. Wyremontowałem tutaj okna, drzwi, zrobiłem łazienkę. Nie jest to może ekskluzywny lokal. Nawet chciałem się przenieść, ponieważ posiadam większy lokal przy ulicy Szewskiej, ale ludzie kojarzą mnie już z tym miejscem, że przenosząc się w okolice Rynku, straciłbym klientów. Dlatego właśnie cały czas działam tutaj, w tej pół piwnicy, pół suterenie na Skłodowskiej-Curie.

Jak długo działa Pan jako zegarmistrz i dlaczego zdecydował się Pan wybrać akurat taki zawód?

Od 1969 roku mam praktykę, więc już ponad pięćdziesiąt trzy lata pracuję w zawodzie. Pochodzę ze Świnoujścia i tam mieszkałem nad zegarmistrzem. We Wrocławiu mieszkał mój tata. Moja mama zdecydowała, że powinienem zostać inżynierem. Wybrałem sobie kierunek budowa dróg i mostów kołowych w Szczecinie. Pojechaliśmy na jakąś praktykę, to było jesienią i pamiętam jak wszyscy byli tam umazani w błocie. To jest właśnie budowa dróg. Majster, inżynier i kierownik wyglądali tak samo jak robotnicy. Wyobraziłem sobie wtedy, że tak miałbym pracować przez resztę życia i pomyślałem o tym zegarmistrzu, który mieszkał pod nami. Siedział zawsze w białym fartuchu, pośród lśniących narzędzi, zegarków, w cieple. Muzyczka cicho grała, a on po cichu naprawiał te sprzęty. Kiedy mu się przyglądałem, to wyglądał jakby spał, a on cały czas pracował, po prostu jego ruchy były tak sprawne i nieznaczne, a zegarek parę milimetrów od oka, by mógł precyzyjnie go naprawić. Pomyślałem sobie, że to jest wspaniały zawód i zacząłem się zastanawiać, co mam zrobić. Chodziłem cały czas do technikum, pojechałem na ferie do domu, a to był czas Beatlesów. Wszyscy zapuszczali wtedy włosy i chcieli wyglądać jak oni. I proszę sobie wyobrazić, że wróciłem do szkoły, w drzwiach stał pan wuefista i maszynką do strzyżenia wygolił mi pół głowy. Poszedłem do klasy, wszyscy w śmiech, dziewczyna, z którą wtedy sympatyzowałem, też się śmiała, więc wyszedłem. I to był pretekst do tego, żeby rzucić to wszystko. Przyjechałem do ojca, do Wrocławia i poszukałem sobie zawodu, ale nikt mnie nie chciał przyjąć. Ja zawsze bardzo dużo czytałem, przyszedłem do jednego zegarmistrza i zacząłem z nim rozmawiać. O pracy, o astrofizyce, o brydżu, o najróżniejszych rzeczach i on się zorientował, że coś w głowie mam. Ten zegarmistrz był niesamowicie inteligentnym człowiekiem i mistrzem Wrocławia w warcaby. Powiedział: „Podobasz mi się, ale muszę cię sprawdzić. Zagramy w warcaby. Jak wygrasz jedną partię na dziesięć, to cię przyjmę”. Ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, że był mistrzem Wrocławia w warcaby. Udało mi się wygrać z nim jedną partię, ale do dzisiaj myślę, że po prostu dał mi wygrać. I tak właśnie zostałem zegarmistrzem. To dzięki takiemu inteligentnemu człowiekowi, który miał klasę.

Ściana zastawiona małymi pojemniczkami, w których znajdują się częśći do zegarków. Na wierzchu pudełek oraz przed nimi stoi mnóstwo starych zegarów różnych wielkości i kształtów.
fot. Marta Sobala

Gdzie miał swój zakład zegarmistrz, u którego Pan się uczył?

Też na Placu Grunwaldzkim, przy ulicy Szczytnickiej. Dzisiaj już tego budynku nie ma.

Jak wyglądała pańska nauka?

Pracowałem w zakładzie trzy lata, oczywiście cały czas chodząc do szkoły. To była praca od ósmej do piętnastej, o szesnastej szło się do szkoły i spędzało w niej czas do dwudziestej. Także nie było łatwo. Co roku wyjeżdżało się do technikum zegarmistrzostwa na trzymiesięczne zajęcia, na których uczyliśmy się technologii, materiałoznawstwa, rysunku technicznego.

Jak potem potoczyła się Pana kariera zawodowa?

Trzeba było sobie ten zawód wypieścić. Zdałem wszystkie potrzebne egzaminy i kiedy to zrobiłem, to byłem bardzo szczęśliwy. Odezwała się do mnie moja rodzina, która wyemigrowała do Stanów i chcieli, żebym poprowadził sklep na Manhattanie. Jednak, żeby to zrobić, musiałem spełnić jeszcze jeden warunek. Żeby móc poprowadzić ten sklep, musiałbym być jeszcze złotnikiem, a zegarmistrz, który zajmie się złotnictwem, już zegarmistrzem nie będzie nigdy, bo musi mieć delikatne palce, a wtedy to się walcowało, kuło. Dlatego ja odmówiłem. Przez jakiś czas byłem później kierownikiem jubilera na wrocławskim Manhattanie i miałem już tu swoich klientów, dlatego tutaj zostałem.

Czy kiedy otwierał Pan w tym miejscu swój zakład, to w okolicy było wielu zegarmistrzów?

Tak, bardzo wielu. Kiedyś we Wrocławiu było ponad sto zakładów zegarmistrzowskich. Teraz zostało kilka.

Portret pana Janusza, zegarmistrza. Starszy mężczyzna z charakterystyczną zegarmistrzowską lupą na czole pozuje do zdjęcia, wskazując zegary wiszące za nim na ścianie.
fot. Marta Sobala

Naprzeciwko Pana zakładu mieściło się kiedyś targowisko. Co może Pan o nim powiedzieć?

Niestety wszystkie targowiska w mieście ktoś zlikwidował, co jest moim zdaniem haniebne. W Europie wszędzie istnieją targowiska i pchle targi, a u nas z tego zrezygnowano. I właśnie tutaj, na Placu Grunwaldzkim targowisko też zostało zlikwidowane. Tutaj swoje stoisko miał Pan, który sprzedawał dziennie czternaście ton jabłek i posiadał tak szeroki asortyment, że można powiedzieć, że miał wszystkie rodzaje jabłek. Na placu targowym było wszystko. Szkoda, że nie ma już takich miejsc.

Jak wygląda zawód zegarmistrza? Z czym się on wiąże?

Jesteśmy niszowym zawodem, co wiąże się też z pewnymi profitami. Jednak jest to bardzo ciężki zawód, którego ludzie nie chcą się uczyć. Myślą, że w bardzo krótkim czasie to opanują. Chcąc zostać zegarmistrzem, musisz umieć wykonać produkt. Nie ma tutaj maszyn, które wszystko ci pokażą. Ten zawód wiąże się z wieloma skomplikowanymi umiejętnościami. Trzeba potrafić lutować złoto, srebro, umieć lutować na cynę, naprawić elektroniczną część, wyszlifować szkło, wytoczyć coś, wyfrezować coś, a przede wszystkim umieć rozłożyć zegarek, który ma np. trzysta części, naprawić i złożyć go powrotem tak, żeby działał.

Jak ten zawód zmienił się na przestrzeni lat?

Można powiedzieć, że od kowalstwa do elektroniki.

Zbliżenie na misternie wykonany zegar ścienny, przypominający wyglądaem ścianę drewnianej chaty. Funkcję wahadła pełni figurka dziewczynki, siedzącej na huśtawce.
fot. Marta Sobala

A jak wygląda praca w Pana zakładzie na ul. Skłodowskiej-Curie? Co można u państwa znaleźć?

My zajmujemy się tylko zegarmistrzostwem. Miałem kiedyś sprzedaż, ale zrezygnowałem z tego. Robimy też na przykład barometry. O, tutaj jest taki zegar, do którego dorobiłem kalendarz. Ta waga schodzi przez miesiąc czasu w dół, z boku umieściłem listwę z wygrawerowanymi dniami. Spektrum działalności w zakładzie zegarmistrzowskim to elektronika, kowalstwo, ale też umiejętność wytwarzania własnych narzędzi do pracy. Zrobiliśmy np. specjalną podstawkę, do zegarów w kształcie łódki, na której na prasie będzie można zamknąć takie zegarki. Praca zegarmistrza nie kończy się o godzinie, o której zamyka sklep. Kiedy lokal jest otwarty, trzeba obsłużyć klientów, dlatego nie zawsze jest czas na naprawianie, czy wykonywanie zegarków. Nie wszystko da się zrobić na poczekaniu, dlatego trzeba zostać po pracy, wyjąć tokarkę i pracować. Nasz zakład jest jedynym, w którym pracuje trzech zegarmistrzów. W większości takich miejsc jest jeden lub dwóch oraz właściciele. Jeden z pracowników pracuje tutaj już dwadzieścia jeden lat, a drugi był u wspomnianego już mistrza, moim uczniem. Został nawet chrzestnym mojego syna i przyjaźnimy się od 1969 roku.

Jak myśli Pan, co będzie dalej z zawodem zegarmistrza?

Niestety ten zawód ginie w tym sensie, że nie kształcą się nowi, młodzi zegarmistrzowie. Dlatego też ceny usług bardzo wzrosły, ponieważ jest dużo chętnych, co obróciło się przeciwko klientom. Mamy klientów, którzy posiadają po pięć, czy dziesięć zegarków, ale są też zbieracze, którzy mają trzysta, a nawet siedemset zegarków. Oni powoli przestają je zbierać, i kupują gotowe, ponieważ usługi stają się zbyt drogie.

A co trzeba zrobić dzisiaj, jeśli chce się pracować w tym zawodzie?

Przyjść do zegarmistrza i poprosić o naukę, tak jak ja to zrobiłem kilkadziesiąt lat temu.

Projekt „Centrum Aktywności Lokalnej Plac Grunwaldzki OD NOWA - pilotaż” jest współfinansowany ze środków Gminy Wrocław.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.
Plac Grunwaldzki OD NOWA