od_nowa

Katarzyna Młyńczak-Sachs

Aleksandra Podlejska: Mieszka Pani na Placu Grunwaldzkim?

Katarzyna Młyńczak-Sachs: Tak, mieszkam tutaj od dziesięciu lat, ale znam to miejsce od dziecka, ponieważ chodziłam tutaj do podstawówki na ulicy Janiszewskiego.

001 14 ulica sklodowskiej curie widok od ul szczytnikciej s

Jak wtedy wyglądał Plac Grunwaldzki i jak bardzo się zmienił w ciągu ostatnich lat?

Zupełnie inaczej. Moi rodzice pracowali na Grunwaldzie, mama na Akademii Medycznej, a tata na Politechnice Wrocławskiej, dlatego nie chodziłam do szkoły rejonowej, tylko tutaj, do dwunastki. Pamiętam, że nasza szkoła miała kiedyś inny murek, na którym często siedzieliśmy z innymi dzieciakami i strzelaliśmy kamieniami z procy. Po szkole często spędzałam czas na okulistyce przy ulicy Chałubińskiego. Super wspominam ten czas. Z dzieciństwa pamiętam przede wszystkim sam plac, ponieważ dojeżdżałam tutaj codziennie autobusem z Kiełczowa. Od drugiej klasy jeździłam już sama. Na autobus zaprowadzała mnie niania, a na Grunwaldzie odbierała mama, żeby przeprowadzić mnie przez skrzyżowanie. Pamiętam, że pewnego dnia nikt nie przyszedł. Czekałam i czekałam, ale stwierdziłam, że nie ma co, bo zaraz spóźnię się do szkoły, więc przeszłam przez to skrzyżowanie i od tej pory już sama przemierzałam plac Grunwaldzki w drodze na lekcje, co było sporym wyzwaniem. W miejscu Grunwaldzki Center była zajezdnia autobusowa, w kiosku obok niej chłopcy kupowali gumy Turbo. Na środku placu było wielkie, skomplikowane skrzyżowanie, na którym były gigantyczne korki i przejście przez nie zdecydowanie nie było łatwe. Wybudowanie ronda zdecydowanie usprawniło ruch i uporządkowało tę przestrzeń. Podobnym wyzwaniem, jak przejście przez plac Grunwaldzki było dla mnie w dzieciństwie przejście przez ulicę Skłodowskiej-Curie przy Klinikach, ponieważ nie było tam świateł. Opracowaliśmy z innymi dziećmi własną taktykę, która polegała na tym, że czekaliśmy na tramwaj. Kiedy on przyjeżdżał i wysiadali ludzie, to wtedy decydowaliśmy się przejść przez ulicę. Dużą zmianą na Grunwaldzie był z pewnością remont właśnie tej ulicy — Skłodowskiej-Curie, która była bardzo zaniedbana. Pamiętam jak urodziłam dziecko i mój mąż chciał podwieźć nas do domu, ale były takie dziury, że nie dało się przejechać i wędrowaliśmy z tym noworodkiem na rękach. Chociaż miało to swoje plusy, bo podczas remontu nic nie jeździło przez tą ulicę i mieliśmy ciszę i spokój. 

Kiedyś na Placu Grunwaldzkim stał namiot Goliat, do którego chodziliśmy z kolegami na stoisko z różnymi śmiesznymi rzeczami i zabawkami. To było niesamowite miejsce i myślę, że wszyscy Wrocławianie je pamiętają. Niedaleko Goliata była słynna budka z rurkami z kremem, która jest już legendą tego miejsca. Bardzo dobrze pamiętam z czasów podstawówki cukiernię Pod Trumienką, nad którą teraz mieszkam. Czasami po szkole chodziliśmy tam po różne słodkości. Skoro mowa o słodkościach to w Domu Naukowca mieścił się kiedyś sklep ze słodyczami. Moja babcia zabierała mnie tam i kupowała Irysy. To było kultowe miejsce wielu dziecięcych wypraw, które bardzo miło wspominam. 

Słabo znam sam Manhattan. Pamiętam, że kiedyś był tam sklep ze szkłem. Mieszkała tam również jedna z moich koleżanek. Zawsze kibicowałam temu miejscu z nadzieją, że zostanie odnowione, ponieważ czułam, że ma ono wielki potencjał i należy o nie zadbać. 

Miejscem, które zostało świetnie zagospodarowane w ostatnim czasie jest bulwar przy Wybrzeżu Wyspiańskiego. Zaraz po tym jak powstał, zanim jeszcze zaczął być oblegany przez tłumy ludzi z całego Wrocławia to często tam przesiadywałam. Uważam, że jest to super miejsce, w którym można fajnie spędzać czas. Z czasem postawiono tam też kontenery na śmieci, więc widać, że politechnika reaguje na potrzeby tego miejsca i dostosowuje je do użytkowników, dbając o czystość i porządek. 

Czyli można powiedzieć, że Grunwald zmienia się na plus?

Tak, zdecydowanie zmienia się na lepsze. Kamienice są rewitalizowane, przez co ładnieją całe ulice, jak na przykład Piastowska. Tym, co zmieniło się na plus, ale teraz niestety podupadło jest ulica Szczytnicka. Kiedyś była okropna, później wyremontowano tamtejsze kamienice, dzięki czemu stała się dużo ładniejsza i przyjemniejsza. Teraz niestety nie widać już efektów tamtej rewitalizacji. Kiedyś znajdowało się tam liceum numer czternaście, w którego miejscu dzisiaj mieści się biurowiec. Z czasem pojawiło się także kilka knajpek, ale mimo wszystko obecnie ulica ta jest nieprzyjemna. Szczytnicka i jej lokale są niestety takim miejscem, które na Grunwaldzie nie przetrwało, ale przetrwało na przykład takie miejsce jak kawiarnia Kawalerka, którą założył mój znajomy i która funkcjonuje do dzisiaj, co jest świetne! 

004 03  widok osiedle od strony mostu grunwaldzkiego s

A czy na osiedlu brakuje takich miejsc, jak wspomniana przez Panią kawiarnia?

Myślę, że zdecydowanie tak. Z biegiem lat restauracji i kawiarni przybyło na pewno na ulicy Skłodowskiej-Curie. Kiedyś była tutaj właściwie tylko jeden lokal. Widzę, że powstają nowe miejsca, ale większość z nich nastawiona jest głównie na studentów i pracowników korporacji, które swoje siedziby mają na Grunwaldzie. Wciąż brakuje miejsc dla mieszkańców. 

Czy czegoś jeszcze brakuje mieszkańcom Placu Grunwaldzkiego?

Fajnie byłoby gdyby politechnika otworzyła się bardziej na ludzi, szczególnie na mieszkańców, z którymi dzieli osiedle. Posiadają świetne przestrzenie i podwórka, dlatego super, gdyby udało się je wykorzystać dla szerszej społeczności niż tylko ta studencka. Myślę, że zorganizowanie kina plenerowego albo warsztatów, czy pokazów naukowych zapewniłoby atrakcje zarówno studentom, jak i mieszkańcom, a poza tym przyczyniłoby się do popularyzacji różnych dziedzin naukowych i na pewno pozwoliłoby pozyskać potencjalnych, przyszłych studentów. Wiem, że kiedyś politechnika organizowała na przykład pokazy filmowe o górach. W jednym z budynków Politechniki mieściła się knajpa o nazwie Tawerna, która była ogólnodostępna. We wtorki chodziliśmy ze znajomymi na wspomniane filmy, a później właśnie do Tawerny.

Poza tym myślę, że niewykorzystany jest skwer przy ulicy Łukasiewicza, który jest urokliwym miejscem. Wyobrażam sobie tam jakiś niewielki pawilon kawiarniany z ogródkiem. Byłoby to świetne miejsce do spędzenia czasu ze znajomymi albo z dziećmi, ponieważ jest oddalony od ulicy. Na pewno jest to miejsce z potencjałem, któremu niewiele potrzeba, żeby było doskonałe.

Nie przyznała się Pani jeszcze, dlaczego zdecydowała się zamieszkać właśnie tutaj. Czy to przez wspomnienia z dzieciństwa, czy może przez te wspominane miejsca z potencjałem?

Przede wszystkim chciałam mieszkać w kamienicy i właśnie takiego mieszkania szukałam. Poza tym jestem z tej części miasta. Moi rodzice mieszkają na Sępolnie i na Biskupinie, więc w okolicy. Od dziecka znałam też Plac Grunwaldzki i wiedziałam, że jest to bezpieczne i spokojne miejsce. Kiedy znaleźliśmy tutaj mieszkanie, nasza klatka schodowa była okropna, a podwórko pełne błota. Przed jego remontem układaliśmy wraz z sąsiadami betonowe płyty, żeby zrobić ścieżki w morzu błota. Przez jakiś czas woziłam nawet kalosze w samochodzie, żeby móc bezpiecznie przejść do domu. Poza tym nigdzie nie dało się zaparkować. W te wszystkie problemy zaczęłam się angażować osobiście podczas mojego urlopu macierzyńskiego. Najpierw zajęliśmy się remontem klatki schodowej, a później napisałam wniosek o rewitalizację podwórka do Wrocławskiego Budżetu Obywatelskiego i jak widać się udało. Dużo zmieniło się u nas od kiedy wprowadzono strefę płatnego parkowania. Kiedyś całe ulice i trawniki zastawione były samochodami w najróżniejsze i najdziwniejsze sposoby. Teraz widoczna jest duża zmiana, o którą walczyliśmy razem z innymi mieszkańcami. 

Mówi Pani o inicjatywach społecznych, które miały miejsce w obrębie Pani kamienicy. A jak to jest z takimi działaniami generalnie na osiedlu? 

Muszę przyznać, że sama poza naszą kamienicą nie angażowałam się w takie działania. Nam zależało, na tym, aby zadbać o najbliższą okolicę, co się udało, ale wymagało bardzo dużo czasu i wielu rozmów ze wszystkimi sąsiadami.

A czy słyszała Pani o różnych działaniach lokalnych na osiedlu? Zarówno tych społecznych jak i kulturalnych?

Jeśli chodzi o wydarzenia kulturalne to tak, bo jest to obszar, którym się interesuję i z którym związana jestem również zawodowo. Natomiast o inicjatywach społecznych niewiele słyszę. Muszę też przyznać, że nie znam dobrze mieszkańców z mojej najbliższej okolicy. Jeśli dowiedziałabym się o jakichś lokalnych działaniach to na pewno chętnie bym się włączyła, bo czuję się mocno związana z Placem Grunwaldzkim. To wokół niego krąży moje życie właściwie od dziecka. Właśnie z dzieciństwa pamiętam różne lokalne inicjatywy organizowane przez uczelnie, jak na przykład mikołajki dla dzieci pracowników. 

Co można by zrobić, żeby mieszkańcom osiedla żyło się lepiej?

Wielka zmianą byłoby, gdyby ludzie przestali palić węglem, dlatego ważne są różne akcje uświadamiające w tym zakresie i promujące to, aby podłączyć się do miejskiego ciepła. Na mojej ulicy, Skłodowskiej-Curie istnieje taka możliwość, ale wiąże się ona z wymianą instalacji. Mam nadzieję, że mieszkańcy się na to zdecydują. Chciałabym też, żeby ludzie dbali o kamienice, o ich estetykę i czystość. Sama mnóstwo razy widziałam w wielu miejscach w Polsce, że ludzie myją kamienice, ale u nas w mieście niestety jest z tym ciężko. Kiedyś postanowiłam umyć bramę naszego budynku, ale oczywiście nie byłam w stanie sama zająć się całą elewacją. 

A jak wygląda sytuacja zieleni na Grunwaldzie? Czy jest jej wystarczająco?

Mieszkając z tej strony osiedla, czyli w okolicach ulic Norwida, czy Łukasiewicza jest dobrze, ponieważ blisko mamy Wybrzeże Wyspiańskiego, kampus Politechniki Wrocławskiej, a także tereny za Mostem Zwierzynieckim. Świetne są również tereny zielone pomiędzy budynkami Akademii Medycznej. Wydaje mi się, że gorzej jest w innych miejscach Placu Grunwaldzkiego, choćby po przeciwnej stronie. Przy ulicy Szczytnickiej jest nieduży skwerek obwieszony lampkami, który wygląda bardzo uroczo. Uważam, że takie działania są potrzebne i nawet stawianie ławek, które ustawione są naprzeciwko siebie, a nie tyłem sprzyjają integracji mieszkańców. Nie potrzeba wiele aby wywołać dużą zmianę, czasami wystarczą po prostu dwie dobrze zaprojektowane ławki w zielonym otoczeniu.

001 01 skwer plac grunwaldzki przy ulicy grunwaldzkiej i piastowskiej s

A czy kiedyś było więcej terenów zielonych?

Nie, na pewno nie, ale też nie wydaje mi się, żeby pojawiło się coś nowego. Po prostu zaczęto bardziej dbać o to, co już było w tej okolicy. 

Wspomniała Pani o integracji, czy na Placu Grunwaldzkim istnieje jakaś lokalna wspólnota?

Wydaje mi się, że nie. Sama nie znam ludzi z mojej okolicy. Kiedy kupiliśmy mieszkanie w kamienicy przy ulicy Skłodowskiej-Curie byliśmy w niej pierwszymi „nowymi” osobami, które nie mieszkają tam z pokolenia na pokolenie. Wydaje mi się, że to może być przyczyną takiego stanu rzeczy, ponieważ wcześniejsi lokatorzy kamienicy już się bardzo dobrze znali i zdążyli wypracować sobie swoje własne sąsiedzkie relacje. Wiem, że podejmowane są różne działania integrujące mieszkańców Placu Grunwaldzkiego, które są potrzebne i myślę, że nawet jeśli na pierwszych takich spotkaniach nie pojawi się zbyt wiele osób, to jeśli takie spotkania będą cykliczne, to z czasem zacznie przychodzić coraz więcej mieszkańców. 

Czy na koniec naszej rozmowy może Pani zdradzić jakie jest Pani ulubione miejsce na Grunwaldzie?

Wybrzeże Wyspiańskiego. Bliskość rzeki i terenów zielonych oraz sama architektura sprawiają, że dobrze czuję się w tym miejscu i bardzo je lubię. 


Niniejszy wywiad został przeprowadzony w ramach projektu „Plac Grunwaldzki OD NOWA – pracownia edukacji kulturowej”, który Fundacja Ładne Historie zrealizowała dzięki dofinansowaniu z Gminy Wrocław.

Projekt „Centrum Aktywności Lokalnej Plac Grunwaldzki OD NOWA - pilotaż” jest współfinansowany ze środków Gminy Wrocław.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.
Plac Grunwaldzki OD NOWA