od_nowa

Kazimierz Szepiela

Aleksandra Podlejska: Jest pan dawnym mieszkańcem osiedla Plac Grunwaldzki, w jaki sposób znalazł się Pan na nim?

Kazimierz Szepiela: Wprowadziłem się na plac Grunwaldzki w 1990 roku. Przeprowadziliśmy się tutaj całą moją rodziną. Wcześniej mieszkaliśmy na Nadodrzu, więc trochę po sąsiedzku. Dla mnie ta przeprowadzka była naprawdę wielką zmianą i pewnym wyzwaniem. Jako 10-letni chłopiec musiałem całkowicie zmienić środowisko, w którym dorastałem. Nowa szkoła, nowe podwórko, dzielnica, w tym wszystkim musiałem się jakoś odnaleźć. Nie urodziłem się na osiedlu Plac Grunwaldzki, ale wychowałem się na nim i mieszkałem tu 20 lat. Cały okres dorastania spędziłem właśnie tutaj. Teraz mieszkam pod Wrocławiem, ale na osiedlu wciąż mieszkają moi rodzice, dlatego nadal często bywam na „Grunwaldzie”. Cały czas czuje się związany z tym miejscem, czuję się w nim jak u siebie. Znam wszystkie jego zakamarki, obserwuję to jak przestrzeń tego osiedla się zmienia. Plac Grunwaldzki nie jest dla mnie przypadkowym miejscem. Jest szczególnym miejscem.

Wspomniał pan o zmianach zachodzących na osiedlu. Które z nich odczuł Pan najmocniej?

Na pewno wielkie poruszenie wśród mieszkańców wywołały dwa, bardzo znaczące wydarzenia. Jednym z nich była likwidacja placu targowego, który był sercem, nie tylko merkantylnym, ale i towarzyskim całego osiedla. Było to miejsce spotkań, rozmów. Pracowali tam często rodzice naszych kolegów i koleżanek ze szkoły. Każdy miał swoich ulubionych sprzedawców. Jego likwidacja wiązała się z dużą żałobą wśród mieszkańców, dużo osób straciło wtedy pracę. Niektóre z nich przeniosły się do wynajmowanych lokali. Do dzisiaj wiemy, w których sklepach sprzedają osoby, które kiedyś miały stoiska na targowisku. Drugim wydarzeniem, związanym zresztą z zamknięciem placu była budowa Pasażu Grunwaldzkiego, a przy tym likwidacja skweru i miejsca, na którym stał kiedyś namiot Goliat. Powstała naprawdę potężna galeria, która wyrosła wprost przed moimi oknami. Pasaż wlał się też na tereny boiska szkolnego. To był moment, w którym zrozumiałem, że to osiedle przestaje być miejscem mieszkańców, a staje się osiedlem bardziej biznesowym, przypominającym nieco Rynek, do którego zjeżdżają wszyscy Wrocławianie oraz turyści. Plac Grunwaldzki zaczął w moim odczuciu być oddawany szerszej społeczności, a galeria siłą rzeczy nie jest miejscem lokalnym, a ogólnomiejskim. Obserwowałem cały proces budowy pasażu. Pamiętam, jak najpierw była to po prostu dziura w ziemi, potem powstawały kolejne kondygnacje. Wtedy właśnie zacząłem rozumieć, że to naprawdę się dzieje. Pamiętam ostatni dzień istnienia placu targowego, kiedy wszyscy poszliśmy się pożegnać. Do tej pory bardzo dobrze pamiętam ten dzień. Na placu targowym można było znaleźć wszystko. Ja sam, ze względu na moje filatelistyczne zainteresowania kupowałem tam znaczki. Pamiętam też, że była część placu, gdzie handlowali Rosjanie - cała aleja była rosyjskojęzyczna. Sprzedawali najróżniejsze wynalazki, których nie znajdzie się w żadnym sklepie.

Pamiętam też, jak likwidowano stoisko ze słynnymi rurkami z kremem, które znajdowało się naprzeciwko Dwudziestolatki. W dniu, kiedy były likwidowane, właściciel na pożegnanie sprzedawał je w bardzo okazyjnej cenie. Wydaje mi się, że wystarczyło przynieść banknot PRL-owski i wtedy można było dostać rurkę z kremem za bezcen. Bardzo szkoda mi tych rurek z kremem.

Najlepszą zmianą na Placu Grunwaldzkim była przebudowa skrzyżowania. Obecne rondo z węzłem komunikacyjnym jest świetnym rozwiązaniem. Wcześniejsze skrzyżowanie było w tragicznym stanie. Również sama zajezdnia autobusowa była mocno zabłocona, nie dość, że wyglądało to bardzo źle, to wykluczało osoby niepełnosprawne z korzystania z tej infrastruktury. Teraz to wszystko zostało rozwiązane bardzo rozsądnie.

Widok na Rondo Reagana i otaczające je rośliny w donicach.
fot. Marta Sobala

Co najbardziej zapamiętał Pan z momentu przeprowadzki na pl. Grunwaldzki?

Na pewno Manhattan, dlatego że nie widziałem wcześniej takiego miejsca we Wrocławiu, było to dla mnie coś zupełnie nowego. To było bardzo fajne miejsce dla młodzieży. Ciekawe architektonicznie, ale funkcjonujące też jako miejsce spotkań. Jeśli jeździło się na deskorolce, to można było próbować swoich sił na estakadzie. Sam miałem kilka deskorolkowych epizodów w tamtym miejscu, na szczęście niegroźnych. Myślę, że też, jako uczeń zawsze miałem sentyment do mojej szkoły nr 54. Mieściła się w starym, pruskim budynku z ciekawą architekturą, która budziła respekt. Podobała mi się zarówno z zewnątrz, jak i w środku. I oczywiście samo boisko z trybunami, wieżą, które później zabrał Pasaż Grunwaldzki.

Moje życie na placu Grunwaldzkim toczyło się głównie na przestrzeni dom - szkoła - Manhattan, a także namiot handlowy Goliat. Często na przerwach chodziliśmy tam ze znajomymi po bułki słodkie.

Należy też wspomnieć, że Plac Grunwaldzki, jeśli się go znało, oferował naprawdę dużo, m.in. miejsca, w których można było uprawiać sport. W szkole średniej grałem koszykówkę i dzięki temu, że w pobliżu znajdowało się boisko, mogłem ćwiczyć, a także mierzyć się ze starszymi od siebie studentami. Wtedy nie było tak jak dzisiaj, że boiska były na wyciągnięcie ręki, więc doceniałem to, że plac Grunwaldzki takie miejsca posiadał.

Pamiętam również bardzo ciekawe miejsce, które utkwiło mi w pamięci. Znajdowało się na dawnej Akademii Rolniczej, gdzie można było wejść na tył uczelni i za szybą jednej z sal stały preparaty zwierząt, które urodziły się z wadami genetycznymi. Widok był przerażający, ale jednocześnie ciekawość nie pozwalała oderwać wzroku. Dziwię się, że coś takiego stało i było wypchane. I to wszystko znaleźć można było na Placu Grunwaldzkim.

Jakie miejsce było/ jest teraz Pana ulubionym na Placu Grunwaldzkim?

Lubię się przechadzać ul. Grunwaldzką, szczególnie jej odcinkiem od ul. Piastowskiej w kierunku Mostu Szczytnickiego. Zawsze podobała mi się ta ulica, była jasna, pełna kwiatów, drzew. Lubię również ul. Piastowską. Po nieparzystej stronie znajduje się tam kamienica, na której szczycie siedzi anioł. Zawsze bardzo podobała mi się ta rzeźba. Przez to, że znajduje się tak wysoko łatwo go przeoczyć, trzeba zadrzeć głowę do góry. Na Placu Grunwaldzkim nieustannie odkrywam coś nowego. Niedawno mama powiedziała mi, że na podwórku w kwartale między ul. Sienkiewicza a Grunwaldzką, Piastowską i Reja znajdują się schrony przeciwlotnicze. Przechodziłem obok charakterystycznych wieżyczek wentylacyjnych wiele razy, ale nigdy nie pomyślałem, że należą one do schronów przeciwlotniczych.

Gdyby mógł Pan coś zmienić na osiedlu to, co by to było?

Marzy mi się, aby kamienice odzyskały dawny blask, zarówno z zewnątrz jak i w środku. Uatrakcyjniłyby one dzielnicę zarówno pod względem turystycznym jak i mieszkaniowym. Niektóre z nich zostały już odrestaurowane, ale jeszcze wiele czeka na swoją kolej. Myślę, że przyszedł czas, aby zwrócić się także ku podwórkom. To jest ten moment, aby je zrewitalizować i zacząć o nie dbać. Większość z nich jest w naprawdę tragicznym stanie. Chciałbym także, żeby w przestrzeni osiedla pojawiło się więcej zieleni.

Ogód wypełniony roślinnością. Na pierwszym planie nieostre czerwone kwiaty, za nimi zbita z drewnianych pali drabinka, która opiera się o okno. Po niej schodzi kot i patrzy się w obiektyw.
fot. Marta Sobala

Jak, jako mieszkaniec odbierał Pan tę niezwykle zróżnicowaną przestrzeń pl. Grunwaldzkiego?

Plac Grunwaldzki jest miejscem bardzo zróżnicowanym architektonicznie, ale też społecznie. Myślę, że z perspektywy mieszkańców wiemy, że Grunwald to nie tylko osiedle, ale też małe miasteczko studenckie. To ma swoje dobre i złe strony. Z jednej strony wprowadza życie na tę dzielnicę, z drugiej czasami ciężko tu o ciszę i spokój. Mieszkańcy patrzą więc na tę przestrzeń głównie z takiego praktycznego i przyziemnego punktu widzenia. Plac Grunwaldzki pokazuje pełen przekrój społeczeństwa. Mieszkają tutaj nie tylko młodzi studenci, ale i starsi mieszkańcy i dzieci. Są ludzie biedni i bogaci, wykształceni i niewykształceni. To nie jest homogeniczne osiedle, co dało się poznać, choćby chodząc do szkoły i spotykając dzieci z różnych rodzin. Według mnie to dobrze, bo świat nie jest homogeniczny i musimy się mierzyć z różnymi ludźmi i różnymi sytuacjami.

Czy ten przekrój społeczeństwa przekładał się może na strukturę przestrzenną? Czy istnieje podział na lepsze i gorsze obszary dzielnicy?

Myślę, że trochę tak. W okolicach, gdzie ul. Grunwaldzka graniczyła z Akademią Rolniczą, było raczej spokojnie, a ul. Reja, Piastowska, Piwna były miejscami, w których trzeba było się pilnować. Można było zauważyć podział na część bardziej elegancka - okolice ul. Sienkiewicza, aż do Bujwida i mniej eleganckie stare kamienice bliżej ul. Reja. Wydaje mi się, że ten podział istnieje nadal. Mogę powiedzieć, że dla mnie plac Grunwaldzki dzieli się na bardziej elegancki, mniej elegancki i na część akademicką. Właśnie ta akademickość osiedla stanowi dla niego pewne wyzwanie. Widoczne jest ono przede wszystkim w budowaniu świadomości mieszkańców i sąsiedzkich relacji, ponieważ wiele osób jest na Placu Grunwaldzkim tylko na chwilę.

Czy gdyby musiał Pan zamieszkać we Wrocławiu to były to Plac Grunwaldzki, czy jednak zupełnie inna dzielnica?

Zdecydowanie Plac Grunwaldzki. Czuję się tutaj jak u siebie. Znam te ulice, znam także ludzi. Do tego osiedle jest dobrze skomunikowane i właściwie wszędzie jest blisko. Z pewnością jest to miejsce bardzo wygodne do mieszkania. Niewykluczone, że kiedyś tu wrócę.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.

Polityka prywatności