od_nowa

Krzysztof Jakóbczak, ul. Skłodowskiej-Curie 9

Pracownia złotnicza FASON


Aleksandra Podlejska: Jak długo działa Pan na Placu Grunwaldzkim? I dlaczego akurat tutaj? Mieszka Pan również na tym osiedlu?

Krzysztof Jakóbczak: Jak widać na szyldzie, działam tu od 1990 roku. Sam nie mieszkam na Placu Grunwaldzkim. Mieszkałem na Stabłowicach, potem jeszcze w kilku innych miejscach we Wrocławiu. A dlaczego zakład jest tutaj? Zwolniło się tutaj miejsce po krawcu, który zmarł. Znajomy polecił mi ten lokal i oto jestem.

Ale jako jubiler działał Pan już wcześniej?

Tak, tak. Działam od 1969 roku.

I dlaczego akurat taki zawód Pan wybrał?

Wydaje mi się, że każdy chciałby być jubilerem i otaczać się takimi pięknymi rzeczami, móc je robić. A była ku temu okazja, bo w rodzinie miałem jubilera, który wziął mnie jako ucznia i tak się potoczyło.

Portret pana Krzysztofa - jubilera. Starszy siwy mężczyzna z zarostem i w okularach opiera się na łokciu o ladę w swoim zakładzie.
fot. Marta Sobala

Ile było w tym presji, że musi Pan zostać jubilerem, a ile chęci?

To była zdecydowanie chęć. Już od dziecka przejawiałem zdolności manualne i chciałem to robić. Byłem zainspirowany człowiekiem, który później wziął mnie pod swoje skrzydła. Był najpierw grawerem, później jubilerem. Tak samo ja, wyuczyłem się najpierw grawerstwa, a dopiero potem zostałem jubilerem. I tak już działam w tej branży ponad pięćdziesiąt lat i mam zamiar jeszcze dłużej, póki zdrowie pozwoli.

A czy ktoś z Pana rodziny zainspirował się Panem, podobnie jak Pan swoim krewnym i także chciał zostać jubilerem?

Moje córki działają w zupełnie innej branży, ale mój kilkuletni wnuk przejawia zainteresowanie tym, co robię. Czasami, kiedy tutaj przychodzi, to wybiera kamienie, ma swoją skrzynkę i swoje klejnoty, więc jest trochę zainteresowany.

Jaki był Plac Grunwaldzki wtedy, kiedy zaczynał Pan tu swoją działalność w latach dziewięćdziesiątych?

Tutaj naprzeciwko znajdowało się targowisko, później w jego miejscu pojawił się namiot „Goliat”. Był to taki pierwszy, można powiedzieć dom towarowy, pewnego rodzaju galeria pod namiotem. Wtedy to było coś. Można było zrobić tam zakupy z różnych branż.

A jak wówczas wyglądał Pana lokal? Czy bardzo się zmienił?

Kiedy rozpoczynałem swoją działalność tutaj to w oknach były kraty, ponieważ trzeba było się bardzo dobrze zabezpieczyć. Wtedy nie było monitoringów, ani alarmów, dlatego trzeba było mieć to wszystko zakratowane. Nie było tak jak teraz.

Pamięta Pan, jakie inne lokale znajdowały się jeszcze na tej ulicy [M. Skłodowskiej-Curie]? Czy bardzo się zmieniły na przestrzeni lat?

Tak, dużo się zmieniło. Były tu bardzo różne branże. Jedyne co zostało tutaj z dawnych lokali to zegarmistrz, który działał przy tej ulicy już troszeczkę wcześniej ode mnie, rok, może dwa i został tutaj do dziś. A poza tym tutaj były różne lokale i usługi, co chwilę się to zmieniało.

Jak w ogóle wyglądał wtedy handel tutaj na osiedlu? Jaka była Pana klientela?

Miałem wtedy wielu klientów, bo wiadomo, że w tamtych czasach nie było niczego. Trzeba było wszystko ręcznie robić. Jeśli ludzie mieli trochę złota, to przerabiali, co się dało, żeby jednak mieć tę biżuterię. Teraz raczej nie ma usług, a sprzedaż.

Czyli widzi Pan zmiany, które zaszły na przestrzeni lat? Jak zmieniła się społeczność Placu Grunwaldzkiego?

Tak, bardzo widać zmiany. Jeśli chodzi o społeczność to [wtedy] nie było tak jak teraz. Stan życia się poprawił, ludzie chcą mieszkać w lepszych warunkach, kupować coraz lepsze towary. Tak to się zmieniło. Wcześniej wszystko odbywało się głównie na placu, na targowisku. Tam można było się zaopatrzyć we wszystko.

A Pan często robił zakupy w „Goliacie”?

Wtedy tylko tam się robiło zakupy. Można było tam znaleźć wszystko. Od artykułów spożywczych przez odzież po artykuły gospodarstwa domowego. Nie było sensu chodzić po mieście i szukać sklepów, kiedy tutaj wszystko było pod ręką.

Ale „Goliat” nie służył tylko mieszkańcom osiedla, ale właściwie zaopatrywali się w nim niemal wszyscy wrocławianie, prawda?

Tak, tutaj bardzo dużo ludzi przyjeżdżało robić zakupy, również spoza Wrocławia. Właściwie podobnie wygląda to teraz, kiedy dużo ludzi spoza miasta przyjeżdża do Pasażu Grunwaldzkiego i innych galerii handlowych. Prawdę mówiąc, odbiło się to teraz na naszej branży usługowej. W galeriach jest po kilka sklepów jubilerskich, a ludzie kiedy już wejdą do centrum handlowego, to z niego nie wychodzą i robią wszystkie zakupy w jednym miejscu.

Może Pan powiedzieć, że to targowisko było niejako symbolem Placu Grunwaldzkiego?

Tak, zdecydowanie. To targowisko znane było od pierwszych lat zaraz po wojnie. Tutaj toczyło się życie.

A teraz, kiedy targowiska nie ma, co jest symbolem tego osiedla?

Myślę, że wieżowce – Manhattan. Tam też były sklepy, których nigdzie indziej nie było.

Czy w okolicy było kiedyś dużo lokali jubilerskich?

Tak, było dużo. Na co drugiej ulicy był kiedyś jubiler. Dawniej działali tu przede wszystkim kuśnierzy, jubilerzy, krawce. Wtedy działały głównie branże usługowe. Nie można było niczego gotowego kupić, trzeba było wszystko w usługach załatwić. Teraz te branże padają. Bycie jubilerem to trudny zawód, nie każdy się do niego nadaje.

Trudny, tym bardziej teraz, bo wspomniał pan o sieciówkach jubilerskich…

Tak, ale trzeba pamiętać, że tam na asortyment pracują fabryki. Wszystko jest sprowadzane zza granicy, robione sposobami przemysłowymi, fabrycznymi, nie ręcznie. Programowanie biżuterii w 3D i tak dalej, taką ręczną manufakturę jak kiedyś to mało kto robi. Nie ma we Wrocławiu grawera na przykład.

Czy przychodzi do Pana dużo klientów, którzy nie tyle chcą zakupić gotowego produktu, ale proszą o zrobienie czegoś albo naprawę?

Tak, mam wielu takich klientów. Specjalizujemy się właśnie w takich naprawach. Robimy wszystko. Nie ma rzeczy, której nie jesteśmy w stanie zrobić. Wpływa na to nasze doświadczenie, ale także dobry sprzęt. Robimy rzeczy nie tylko dla ludzi tutaj z Wrocławia, ale także dla innych jubilerów spoza miasta.

Ma pan stałych klientów?

Tak, są stali klienci. To już się ciągnie od lat i zawsze wracają. Po to tu jestem już od trzydziestu lat. Myślę, że coś o tym świadczy. Gdybym nie podołał, to bym to zamknął. Ale robi się, ludzie przychodzą, wracają. Jakąś markę przez tyle lat człowiek już sobie wypracował. Oby tylko było zdrowie i już nic więcej nie potrzeba.

Teraz mamy pandemię. Jak ona wpłynęła na Pana działalność?

Bardzo. Całkowicie przystopowało to handel i usługi. Ludzie nie wychodzili z domów. Odczuliśmy to bardzo finansowo, zresztą jak wszyscy. Teraz już widać poprawę. Życie powoli wraca do normy i oby tak było dalej.

Projekt „Centrum Aktywności Lokalnej Plac Grunwaldzki OD NOWA - pilotaż” jest współfinansowany ze środków Gminy Wrocław.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.
Plac Grunwaldzki OD NOWA