od_nowa

Maciej Lewandowski, ul. Piastowska

Aleksandra Podlejska: Jest pan sekretarzem Rady Osiedla plac Grunwaldzki, czy mógłby opowiedzieć pan o tym w jaki sposób ona działa?

Maciej Lewandowski: Rada osiedla jest takim podstawowym organem samorządowym. Działamy na zasadzie wolontariatu. Spotykamy się raz w tygodniu w naszej siedzibie, przy ul. Sępa - Szarzyńskiego, mamy dyżury i mieszkańcy mogą do nas przyjść i bezpośrednio zgłosić co chcieliby zmienić na osiedlu, powiedzieć co ich boli. Jako Rada Osiedla nie mamy możliwości sprawczej, możemy tylko wnioskować, popierać jakieś wnioski, nie możemy niczego nakazać. Każdy z nas znalazł się tam, dlatego że chciał coś zrobić dla osiedla i jego mieszkańców.

AP: Co w takim razie zadecydowało o tym, że postanowił Pan działać społecznie na rzecz osiedla?

ML: Kiedyś próbowałem na własną rękę działać w sprawie uporządkowania podwórka, czy też zrobienia parkingu, niestety bezskutecznie. Nie zamierzałem jednak rezygnować, stąd też zdecydowałem się dołączyć do rady.

AP: Czy może Pan zdradzić, jakie działania prowadzi obecnie Rada Osiedla?

ML: Niedawno powstał Fundusz Osiedlowy, dzięki któremu każde z osiedli otrzymuje pewną pulę pieniędzy. Rady, po konsultacji z mieszkańcami mogą same decydować na co chcą te pieniądze przeznaczyć. W tym roku realizują się pierwsze nasze projekty z tego funduszu. Nasza Rada Osiedla wnioskowała przede wszystkim o doświetlenie podwórek, przebudowę chodnika na ul. Sępa - Szarzyńskiego, obniżenie krawężników i tym podobne prośby mieszkańców. W przyszłym roku będziemy się skupiać na rewaloryzacji wnętrz podwórzowych. Już teraz powoli udaje nam się działać. W ubiegłym roku nieparzystej stronie ul. Piastowskiej, tam gdzie istnieją jeszcze stare oficyny udało się w wyniku inicjatywy Rady Osiedla utworzyć integracyjny plac zabaw, na którym mogą spędzać czas zarówno dzieci, jak i najstarsi mieszkańcy.

AP: Czyli wszystko zmierza w dobrym kierunku?

ML: Tak, dokładnie. Osiedle pięknieje.

AP: Jak długo mieszka pan na osiedlu?

ML: Od początku. Od 1947 roku. Moi rodzice pochodzili spod Włocławka. Ojciec był geodetą i dostał nakaz pracy, aby jako geodeta zająć się wytyczaniem nowej granicy polsko - niemieckiej.

AP: Jak Pan wspomina z dzieciństwa pl. Grunwaldzki? Co pan pamięta?

ML: Gruzy, przede wszystkim gruzy. Jedno wielkie, pole i gruzowisko pozostałe po lotnisku. Szczególnie tutaj, gdzie jest w tej chwili galeria handlowa i te wysokie budynki. Pamiętam także, że kiedyś na ul. Piastowskiej nie było budynków 30 i 32, jako dzieci bawiliśmy się w tych pozostałych gruzach. Piastowskiej 30 w ogóle nie było, bo spadła na nią bomba, 32 została częściowo zniszczona. Ucierpiała także nieco kamienica nr 34, gdzie nie było strychu. Później budynki te przejęło wojsko i przebudowało wnętrza na całkowicie inne. Kamienice przeznaczono dla pracowników wojska, a z tyłu powstały schrony przeciwlotnicze, ewakuacyjne, gdzie przez piwnicę można było wyjść na podwórko. Te odbudowy są wymysłem lat 50.

Widok na wrocławski akademik "Ołówek" oraz ulicę biegnącą przed nim.
fot. Marta Sobala

AP: A kiedy plac Grunwaldzki zaczął się wyłaniać spod tych gruzów i zmieniać to co było pierwszą zmianą, którą Pan zauważył?

ML: Najpierw zaczęto budować akademiki, tam gdzie dzisiaj są Kredka i Ołówek, ale wcześniej powstały jeszcze tak zwane Teki. Tak więc zaczęto od tamtej strony. Kiedy to powstawało pomyślałem sobie, że wreszcie coś zaczyna się dziać i w końcu zagospodarowują te tereny. Potem powstała też Dwudziestolatka, potem sedesowce. Zostało tylko miejsce, gdzie dzisiaj znajduje się galeria handlowa. Tam jeszcze w latach 80., czy na początku 90. stał namiot, zwany Goliatem, coś w rodzaju hali handlowej. Prywatni ludzie mieli tam stoiska i sprzedawali najróżniejsze rzeczy.

AP: Czyli od lat było to miejsce handlowe?

ML: Tak, tak. Wcześniej, w tym miejscu, bliżej dzisiejszej stacji benzynowej był jeden z największych targów we Wrocławiu. Zaraz po wojnie rozciągał się aż na ul. Ludwisarską. Wszystko co wyszabrowano, można było znaleźć na tym targu.

AP: A w miejscu sedesowców, co było kiedyś?

ML: W miejscu sedesowców nic nie było. Było zupełnie puste miejsce. Na terenie dzisiejszego ronda było normalne skrzyżowanie, dokładnie w tym samym miejscu. Obok Mostu Pokoju, tam gdzie dzisiaj jest Biblioteka Uniwersytecka i Wydział Chemii, tam też nic nie było. Były tam po prostu gruzy. Sam jako młody człowiek robiłem w tym miejscu odwierty geodezyjne pod te budynki, które teraz stoją tutaj wzdłuż Odry.

AP: Czyli można powiedzieć, że miał Pan swój udział w powstawaniu nowej zabudowy placu Grunwaldzkiego?

ML: Tak, tak jakby. Wierciliśmy otwory do 30m pod te budynki. Miałem wtedy raptem 18 lat.

AP: A którą ze zmian na pl. Grunwaldzkim, najmocniej pan odczuł?

ML: Najbardziej newralgicznym punktem zdecydowanie było targowisko, które działało tutaj od wojny, które praktycznie z dnia na dzień zlikwidowano. Początkowo nie planowano tam galerii, mówiono, że targowisko zostanie po prostu zadaszone. Cała dzielnica schodziła się w to miejsce na zakupy, przyjeżdżali tutaj też ludzie z Biskupina, czy Ołbina. Mnie i rodzeństwo rodzice tez zawsze wysyłali tam na zakupy. W momencie, kiedy powstała galeria handlowa zniknęła też jedna z ulic. Równolegle do ul. Reja, gdzie chodziłem do szkoły, biegła ul. Połowiecka. Nasza szkoła znajdowała się w takim jakby trójkącie między Grunwaldzką, Reja i Połowiecką. Teraz tej ulicy nie ma. Jednym z takich wydarzeń na pl. Grunwaldzkim, które silnie zapadło mi w pamięć była na pewno słynna katastrofa budowlana, która miała miejsce naprzeciwko ul. Norwida, kiedy stawiano budynki Akademii Rolniczej. Cały budynek się zawalił. Zginęło kilkanaście osób.

AP: Jak na taką tragedię zareagowali mieszkańcy dzielnicy?

ML: Wywołało to poruszenie. Prawie wszyscy dyskutowali o tym zdarzeniu, zastanawiając się jak do niego doszło.

AP: Z okresu wspomnianych przez pana gruzów, było jakieś miejsce na pl. Grunwaldzkim, które najbardziej Pan lubił?

ML: My, jako dzieci szczególnie siedzieliśmy na naszych podwórkach, ale tutaj było tez takie miejsce, gdzie jeździliśmy na rowerze. W latach 50. na miejscu dzisiejszej Dwudziestolatki postawiono takie betonowe koło, z podestem na środku, komunistyczny wymysł integracyjny, na którym działy się różne wydarzenia kulturalne. My to miejsce wykorzystywaliśmy właśnie do jazdy na rowerze. Ulubionym naszym zajęciem było jednak chodzenie po pozostałościach piwnic, które zostały w miejscu dzisiejszej galerii handlowej po zburzeniu budynków. Żadnych niewypałów tutaj akurat nie było, koledzy z innych dzielnic po wojnie zbierali niewypały. A tutaj po prostu pozostały jakieś otwory, które my penetrowaliśmy, ale nic ciekawego niestety nie znaleźliśmy. To miejsce było wysiedlone dużo wcześniej, nie w wyniku nalotu, ale zaplanowanego działania, dlatego ludzie zabrali wszystko ze sobą.

AP: Czyli skarbów nie udało się odnaleźć?

ML: Skarbów nie udało się odnaleźć. Najczęściej szukaliśmy karabinów, różnego rodzaju broni. Najwiecej amunicji było w stawku na ul. Nowowiejskiej. Chodziłem do szkoły do 1 na Nowowiejską i po szkole chodziło się nad stawek i odszukiwało w mule amunicji.

AP: A teraz jakie jest pana ulubione miejsce na osiedlu?

ML: Cała dzielnica tak naprawdę. Plac Grunwaldzki, jak i całe miasto od frontu coraz bardziej pięknieje, odnawiane są kamienice i wszystko wyglada bardzo ładnie, co jest też wynikiem inicjatywy rad osiedli i miasta, które pomaga. Niestety podwórza pozostają nadal zaniedbane. Postulowaliśmy właśnie o przywrócenie do przyzwoitego stanu wnętrz podwórzowych, no i pomalutku to się dzieje.

Na pierwszym planie nieostre sylwetki dwóch kobiet siedzących na wybrzeżu Wyspiańskiego. Siedzą patrząc się na barkę przycumowaną na Odrze.
fot. Marta Sobala

AP: Czyli uważa Pan całe osiedle za atrakcyjne?

ML: Tak, jak najbardziej.

AP: Większą sympatią darzy pan jednak starszą zabudowę, czy może nowe wieżowce?

ML: Wieżowce wrosły już w tę strukturę, mieszkańcy się do nich przyzwyczaili. Z początku jednak ich powstanie nie było zbyt budujące dla mieszkańców. Najstarsi mieszkańcy, a także moi rodzice i sąsiedzi krytykowali te budowy i nie byli z nich zadowoleni. Ja miałem wtedy 20 lat, więc dla mnie i dla moich rówieśników było to ciekawe, że coś się dzieje na osiedlu.

AP: Patrząc z perspektywy Rady Osiedla, co oprócz podwórzy jest dzisiaj bolączką placu Grunwaldzkiego? Czymś co mieszkańcy chcieliby zmienić?

ML: Myślę, że nie ma czegoś takiego. W każdym razie nie otrzymujemy żadnych takich sygnałów od mieszkańców. Najczęściej chodzi jednak o mniejsze, prywatne sprawy, jak dziury w chodnikach, czy zbyt duży ruch, między innymi na ul. Szczytnickiej, która jest bardzo zaniedbana. Na szczęście w końcu mieszkańcom udało się przeforsować projekt ograniczenia tego ruchu. W najbliższych latach ma odbyć się przebudowa tej ulicy.

AP: Mieszka pan od dziecka na pl. Grunwaldzkim, jak rozumiem cały czas w tym samym miejscu?

ML: Tak, to jest to samo miejsce.

AP: Dzielnica miała wpływ na fakt, że został pan w tym miejscu?

ML: Mieszkałem tutaj wiele lat z rodzicami i z braćmi. Siłą rzeczy zostałem już tutaj, w tym starym budynku, na pewno też z przyzwyczajenia i do dzielnicy i do samego mieszkania. Starszych ludzi się już nie przesadza. Jeżeli ktoś przeżył tutaj całe dzieciństwo i młodość, z małymi przerwami na studia, to ciężko zmienić to miejsce.

AP: Wyjechał Pan na studia poza Wrocław, czy wtedy nie myślał Pan o tym, aby jednak zostać w innym miejscu?

ML: Zawsze tutaj było miejsce mojego zamieszkania i zameldowania. Przeprowadzka nigdy nie przeszła mi przez myśl.

AP: Czy w czasach młodości miał Pan jakieś ulubione kawiarnie, czy inne miejsca spotkań na pl. Grunwaldzkim?

ML: Kiedy powstały już akademiki, na pl. Grunwaldzkim było wielu młodych ludzi, w związku z tym rozwinęło się dużo kawiarni i różnych takich miejsc. Taka nasza ulubiona kawiarnia była w miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się apteka i żabka przy ul. Piastowskiej 20. Tutaj się spotykaliśmy. Drugie takie miejsce było przy ul. Sienkiewicza, tam gdzie jest dzisiaj Hebe i delikatesy. Tam była wtedy taka kawiarnia, nazywała się Kabaretowa. Bardziej ekskluzywnym miejscem była restauracja Obywatelska, przy ul. Nowowiejskiej, odbywały się tam dansingi, ale młodzież rzadko tam chodziła. Na rogu Piastowskiej i Sienkiewicza był kiedyś bar o nazwie Piast, teraz przestał działać.

AP: Co Pan i inni mieszkańcy ul. Piastowskiej sądzą o jej wyglądzie, architekturze? Czy zwracają uwagę na wygląd i wartość XX - wiecznych kamienic?

ML: Oczywiście! Udało nam się nawet z własnej inicjatywy znaleźć Panią, która została naszą zarządcą i która czynnie działa na rzecz odnawiania i dbania o nasze kamienice. Robi to z tak niesamowitą pasją, że właśnie dzięki niej budynki na ul. Piastowskiej pięknieją. Między innymi mój, ten w którym mieści się apteka został jako jeden z pierwszych wyremontowany z funduszy europejskich i z pomocą konserwatora zabytków. Kiedy odrestaurowane budynki zaczynają się wybijać na tle pozostałych, szarych i zaniedbanych to ludzie czują jeszcze większą mobilizację, aby zająć się też pozostałymi, żeby cała ulica mogła się pięknie prezentować i żeby ich kamienice nie wyróżniały się na niekorzyść.

Fragment elewacji wieżowca - charakterystyczne zaokrągloneokna na tle białej elewacji.
fot. Marta Sobala

AP: A zna Pan może historię swojej kamienicy, wie Pan kto wcześniej zajmował mieszkanie, w którym mieszka Pan od dziecka?

ML: Z opowiadań ojca wiem, że w miejscu w którym mieszkam całe piętro kamienicy było kiedyś zamienione na poniemieckie biuro. Zmieniono jednak układ pomieszczeń, całe pierwsze piętro było połączone. Z planów, które posiadam z archiwum wiem, że cała struktura jest dokładnie taka jaką przewidział architekt, jest pierwotna. Wystrój kamienicy został wewnątrz ten sam. Tutaj nic się nie zmieniło. Niedawno udało nam się także odnowić wnętrze klatki schodowej, która jest teraz przepiękna. Bardzo ładnie została także zrobiona klatka schodowa przy ul. Piastowskiej 29. Teraz remontowana będzie także Kamienica Pod Aniołem, przy Piastowskiej 25.

AP: Obok Pana kamienicy znajduje się kiosk znany niemalże w całej dzielnicy, czy może Pan coś opowiedzieć o nim i jego właścicielu?

ML: Tak, zgadza się. Właściciel, pan Wojnowski został nawet przez nas, Radę Osiedla uhonorowany tytułem Honorowego Mieszkańca Osiedla. Co roku organizujemy taką imprezę, na której wybieramy parę osób, kobietę i mężczyznę, którzy otrzymują tytuł honorowych mieszkańców. Są to najczęściej ludzie dobrze znani na osiedlu i poza nim, zasłużeni dla wspólnoty i dla miasta. Takie wyróżnienie otrzymali również Pan Marek Krajewski i Norman Davis, no i właśnie wspomniany pan Wojnowski, który stworzył tutaj, wraz z małżonką fundację im. Jana Kiepury. Handlował tutaj w kiosku przeróżnymi rzeczami. Wszyscy go tutaj znali. Ostatnio miasto postawiło mu nawet krasnala. Tak więc zarówno Pan Wojnowski jak i jego kiosk stali się pewną ikoną tej części placu Grunwaldzkiego, a kiosk wręcz wrósł w nasz skwerek. Kiedyś przy tym skwerku, kiedy kiosku nie było, w jednym z budynków znajdował się posterunek milicji. Został tutaj również kawałek lipy, która rosła w tym miejscu od zawsze, teraz niestety trochę podupadła, ale to jest wiekowe drzewo.

AP: Czy na przestrzeni lat potrafi wyróżnić Pan taki najlepszy moment na placu Grunwaldzkim, który najlepiej Pan wspomina i w którym było Panu tutaj najlepiej?

ML: Wie Pani, wszystko co się działo, kiedy człowiek był młody, miał 20lat, to wtedy wszystko nam się podobało i ten czas najlepiej się wspomina. Wcale nie było wtedy lepiej, tylko nasz wiek obligował nas do takiego postrzegania i przyjmowania rzeczywistości, cieszenia się nią i tymi latami.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.

Polityka prywatności