od_nowa

Wywiady z mieszkankami i mieszkańcami

W ramach projektu „Jak powstawał Plac Grunwaldzki? Wirtualne kompendium wiedzy o naszym osiedlu” mieliśmy okazję spotkać się z mieszkankami i mieszkańcami osiedla Plac Grunwaldzki i porozmawiać z nimi o tym jak nasze ulubione osiedle rozwijało się na przestrzeni kilkudziesięciu ostatnich lat. Efektem jest cykl wywiadów, w których nasi respondenci i respondentki dzielą się swoimi wspomnieniami, osiedlowymi legendami miejskimi i historiami ich rodzin, które na Placu Grunwaldzkim z wielu powodów się osiedliły – dziś dzielimy się z Wami cytatami z ich opowieści, ale już niedługo poznacie ich historie w całości!

Dlaczego zdecydowali się państwo osiedlić na placu Grunwaldzkim?

Pani Katarzyna – Mieszkam tutaj od urodzenia. Myślę, że w pewnym stopniu był to wybór, tylko nie mój, a raczej mojej babci. Pracowała ona na Klinikach i pewnego dnia znajoma jej osoba powiedziała, że ma tutaj pokój do wynajęcia. Moja babcia zdecydowała się ten pokój wynająć. Z czasem wyszła za mąż i starsza pani, która była właścicielką mieszkania podzieliła je na dwa mniejsze. Jedną cześć zostawiła sobie, drugą mojej babci.

Pani Ewa – (…) rodzice zadecydowali, żeby tutaj zamieszkać. W 1958 roku przenieśli się tutaj z Biskupina. Zamienili swoje mieszkanie, które było mniejsze na większe przy ul. Łukasiewicza. Prawdopodobnie, jeszcze przed wojną mieszkali tutaj pracownicy okolicznych wyższych uczelni, bo moje mieszkanie znajduje się dokładnie na przeciwko Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. (…) Wtedy, aż do lat 70. ludzie myśleli, że wrócą na tak zwane „stare śmieci”, czyli na wschód, skąd przybyli do Wrocławia po wojnie. Wiele osób nawet się nie rozpakowywało. (…) Spędziłam tutaj wiele lat, bo tutaj chodziłam do szkoły, tutaj też studiowałam germanistykę. Potem po studiach ruszyłam Polskę i mieszkałam w różnych miejscach, natomiast od siedmiu lat znowu jestem tutaj, we Wrocławiu, na osiedlu Plac Grunwaldzki. Jakie jest państwa najwcześniejsze wspomnienie związane z osiedlem?

Pani Katarzyna - Między Smoluchowskiego, niedaleko Janiszewskiego, kiedy byłam dzieckiem, na tym terenie znajdowały się ogródki działkowe. Było tam dużo przestrzeni, można się było świetnie bawić. Teraz to wszystko jest zabudowane. Tak więc trochę inaczej wyglądało to miejsce kilkadziesiąt lat temu. Myślę, że to właśnie odczułam najmocniej. Po drugiej stronie placu Grunwaldzkiego, gdzie są dzisiaj tak zwane Sedesowce i budynki uniwersytetu, też było świetne miejsce do zabawy, w tej chwili to wszystko także jest zabudowane. Pamiętam, że na placu Grunwaldzkim od dziecka było się gdzie bawić, a w tej chwili nie ma gdzie. Taka jest największa różnica w moim odczuciu.

Pani Ewa – Pamiętam, że klatka schodowa była tutaj pełna dzieci! Teraz, po tylu latach jest zupełnie inaczej. Dzieci można policzyć na palcach jednej ręki, wszyscy mieszkańcy tej okolicy są już starsi. Z dzieciństwa pamiętam zabawy na naszym skwerku przed domem. Wtedy nie było prawie żadnego ruchu drogowego, na całej ulicy stał może jeden samochód i wtedy, jako dzieci oglądaliśmy go z każdej strony. (…) Wtedy też wszystkie klatki schodowe były otwarte, nie tak jak dzisiaj, że każda posiada domofon i trzeba wstukać na nim kod.

Pani Katarzyna – Każde małe dziecko zawsze spędzało czas na swoim własnym podwórku. Na pl. Grunwaldzkim jest kilka podwórek, to jest taka swego rodzaju baza każdego dziecka, które mieszka na osiedlu. Chodząc juz do podstawówki mijałam codziennie plac zabaw, który mieści się między politechnikami. To były takie pierwsze, dziecięce miejsca spotkań. Od lat pamiętam też cukiernię zwaną „trumienką”, która jest czynna do dzisiaj i cały czas można w niej kupić wspaniałe wypieki. Bardzo długo istnieje także szewc obok tej cukierni.

Pan Maciej – Gruzy, przede wszystkim gruzy. Jedno wielkie, pole i gruzowisko pozostałe po lotnisku. Szczególnie tutaj, gdzie jest w tej chwili galeria handlowa i te wysokie budynki. Pamiętam także, że kiedyś na ul. Piastowskiej nie było budynków 30 i 32, jako dzieci bawiliśmy się w tych pozostałych gruzach. Piastowskiej 30 w ogóle nie było, bo spadła na nią bomba, 32 została częściowo zniszczona. Ucierpiała także nieco kamienica nr 34, gdzie nie było strychu. Później budynki te przejęło wojsko i przebudowało wnętrza na całkowicie inne. Kamienice przeznaczono dla pracowników wojska, a z tyłu powstały schrony przeciwlotnicze, ewakuacyjne, gdzie przez piwnicę można było wyjść na podwórko. Te odbudowy są wymysłem lat 50. (...) Najpierw zaczęto budować akademiki, tam gdzie dzisiaj są „Kredka i Ołówek”, ale wcześniej powstały jeszcze tak zwane „Teki”. Tak więc zaczęto od tamtej strony. Kiedy to powstawało pomyślałem sobie, że wreszcie coś zaczyna się dziać i w końcu zagospodarowują te tereny. Potem powstała też „Dwudziestolatka”, potem „Sedesowce”. Zostało tylko miejsce, gdzie dzisiaj znajduje się galeria handlowa. Tam jeszcze w latach 80., czy na początku 90. stał namiot, zwany „Goliatem”, coś w rodzaju hali handlowej. Prywatni ludzie mieli tam stoiska i sprzedawali najróżniejsze rzeczy. Które z budynków placu grunwaldzkiego są dla państwa najbardziej charakterystyczne?

Pani Katarzyna - Na mojej ulicy były kiedyś same kamienice i budynek politechniki. Niestety jedną z kamienic zniszczyła bomba, jej konstrukcja zupełnie nie nadawała się do odbudowy dlatego wszystko wyburzono pozostawiając puste miejsce na bardzo długi czas. W tym miejscu znajdowała się górka, na której mój tata będąc dzieckiem zjeżdżał na sankach. W latach 90. architekt Wojciech Jarząbek zaprojektował w tym miejscu dość osobliwy, niezwykle kolorowy budynek. Kamienica nr 36 wywołuje wiele emocji i na pewno przyciąga wzrok. Choć sama nie jestem fanką tego awangardowego pomysłu muszę przyznać, że budynek jest doskonałym punktem orientacyjnym, np. kiedy muszę wytłumaczyć taksówkarzowi, gdzie powinien się zatrzymać.

Pani Ewa – Na pewno budynki Politechniki, te wszystkie najbliżej mojego mieszkania. Nowy Wydział Mechaniczny naprzeciwko, Hutniczy po przekątnej. To pamiętam. Nie było Sedesowców. Pierwszym wieżowcem na pl. Grunwaldzkim był ten, naprzeciwko Pasażu, tam mieszkali pracownicy uczelni. Natomiast na samym placu było gruzowisko, pozostałe po wojnie, po tym jak Niemcy przygotowywali lądowisko. Mama zawsze ostrzegała nas: „tylko nie idźcie na gruzy”. W miejscu, w którym dzisiaj znajduje się Studium Języków Obcych Politechniki znajdowała się w tamtych czasach moja podstawówka. Pamiętam, że dojście do niej było przekomiczne. W okolicy była ludwisarnia, obok której przechodziłam codziennie do szkoły. Nie szłam nad Odrą, ale właśnie między starymi budynkami. Dalej mijałam kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i dochodziłam do mojej szkoły nr 12. Jakie jest państwa ulubione miejsce na placu Grunwaldzkim?

Pani Katarzyna – Lubię obszar, który zagospodarowała Politechnika, czyli bulwar na Wyspiańskiego, który prowadzi od Mostu Zwierzynieckiego. Uważam, że był to świetny pomysł, aby odświeżyć to, co było w tym miejscu kiedyś. Moja babcia opowiadała mi, że kiedyś przy budynku rektorskim na Wyspiańskiego, od razu przy Odrze był bar, można było także zejść niżej na brzeg rzeki, a nawet się w niej kąpać. Teraz Politechnika poniekąd wróciła do tamtych czasów, znów można spacerować tuż przy brzegu Odry, pograć w siatkówkę na usypanej plaży. (…) Drugie natomiast to teren przy akademikach, idąc od pl. Grunwaldzkiego w stronę Kredki i Ołówka, nieopodal Uniwersytetu Przyrodniczego jest bardzo fajny deptak. Bardzo przyjemnie się tam siedzi i spędza czas. Najlepsze miejsca są właśnie tam, gdzie można usiąść i po prostu popatrzeć.

Pani Ewa – Ja bardzo lubię chodzić od mostu do mostu. Wędrówkę zaczynam na Curie- Skłodowskiej, idąc do Mostu Zwierzynieckiego, potem idę obok kanału, nabrzeżem politechniki. Wybrzeże Wyspiańskiego jest teraz pięknie odnowione, bo kiedyś było strasznie zarośnięte. Idąc nadbrzeżem dochodzę do Mostu Grunwaldzkiego i na wysokości Łukasiewicza skręcam już do siebie. Takie właśnie robię sobie spacery nad Odrą.

Pani Katarzyna – Jest to na pewno cudowne Wybrzeże Wyspiańskiego, które wiedzie od Mostu Grunwaldzkiego do Mostu Zwierzynieckiego. Całe wały nadodrzańskie są wspaniałe. Można nimi jechać rowerem, spacerować niemalże dookoła Wrocławia. Uwielbiam również Park Szczytnicki. Tak więc Wybrzeże Wyspiańskiego, Wały i Park Szczytnicki to są te moje ulubione rejony.

Pan Maciej – Cała dzielnica tak naprawdę. Plac Grunwaldzki, jak i całe miasto od frontu coraz bardziej pięknieje, odnawiane są kamienice i wszystko wygląda bardzo ładnie, co jest też wynikiem inicjatywy rad osiedli i miasta, które pomaga. Niestety podwórza pozostają nadal zaniedbane. Postulowaliśmy właśnie o przywrócenie do przyzwoitego stanu wnętrz podwórzowych, no i pomalutku to się dzieje. (...) Rada osiedla jest takim podstawowym organem samorządowym. Działamy na zasadzie wolontariatu. Spotykamy się raz w tygodniu w naszej siedzibie, przy ul. Sępa - Szarzyńskiego, mamy dyżury i mieszkańcy mogą do nas przyjść i bezpośrednio zgłosić co chcieliby zmienić na osiedlu, powiedzieć co ich boli. (...) Niedawno powstał Fundusz Osiedlowy, dzięki któremu każde z osiedli otrzymuje pewną pulę pieniędzy. Rady, po konsultacji z mieszkańcami mogą same decydować na co chcą te pieniądze przeznaczyć. W tym roku realizują się pierwsze nasze projekty z tego funduszu. Nasza Rada Osiedla wnioskowała przede wszystkim o doświetlenie podwórek, przebudowę chodnika na ul. Sępa - Szarzyńskiego, obniżenie krawężników i tym podobne prośby mieszkańców. W którym momencie – na przestrzeni minionych lat lub aktualnie – było/jest państwu na osiedlu najlepiej?

Pani Katarzyna – Chyba nie potrafię wybrać takiego momentu, od dziecka żyje mi się tutaj bardzo dobrze. Tak jak mówiłam, nie zamieniłabym mojego mieszkania na żadne inne, nawet na Krzykach. Cała moja okolica jest piękna, a na dodatek mieszkam w kamienicy z wysokimi wnętrzami, gdzie aby po coś sięgnąć trzeba korzystać z drabiny. Przyzwyczaiłam się nie tylko do okolicy, ale i do tej przestrzeni w mieszkaniu i nie wyobrażam sobie mieszkać choćby w bloku z wielkiej płyty, w którym byłoby mi ciasno i niekomfortowo. Czuję się na moim osiedlu świetnie, od zawsze było i jest mi tutaj dobrze.

Pani Ewa – Na pewno studia bardzo dobrze wspominam. Szły mi nieźle, a do tego miałam świetnych znajomych, fajne towarzystwo, z którym utrzymuję kontakt do dzisiaj. W przyszłym roku minie 50 lat od zakończenia moich studiów. Były to też smutne czasy, bo po drodze był też 1968 rok, przykre studenckie historie. Miałyśmy jedną koleżankę pochodzenia Żydowskiego, która na drugim roku studiów nam zniknęła. Po ponad 30 latach, kiedy udało nam się zorganizować spotkanie pojawiła się na nim i przeprosiła nas za to, że nic nam nie powiedziała, ale to wszystko działo się w tamtych czasach znienacka. Ludzie dostawali wiadomości, że mają się stawić w danym miejscu o danej porze i nie mieli czasu na pożegnania. Co prawda u nas, we Wrocławiu nie odczuwało się tego tak mocno jak w Warszawie. Ponadto na uniwersytecie mieliśmy wtedy wspaniałego rektora, Alfreda Jahn’a, który nas nie opuścił w czasie strajków. Bardzo mile wspominam cały ten czas, mimo najróżniejszych historii, niekoniecznie wesołych.

Pan Maciej – (...) wszystko co się działo, kiedy człowiek był młody, miał 20 lat, to wtedy wszystko nam się podobało i ten czas najlepiej się wspomina. Wcale nie było wtedy lepiej, tylko nasz wiek obligował nas do takiego postrzegania i przyjmowania rzeczywistości, cieszenia się nią i tymi latami.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.

Polityka prywatności