od_nowa

Zmiana Czasu

Katarzyna Kamińska

Świst, zgrzyt, trzask.

Bliźniacze szpice katedry wbijają się w niebo niczym ostro zakończone, pokryte patyną resztki dawnej bramy. Oddziela ona to, co ziemskie, od tego co ulotne i podniebne – jak dusze ptaków krążące nade mną w powietrzu. Widzę je wszystkie, a czasami, gdy ruch uliczny zamiera, liczę je i nadaje im imiona tak, by mogły pofrunąć jeszcze dalej i wyżej. Zauważyłem, że w świecie ludzi to, co niebezpieczne i przerażające, często pozostaje nienazwane. Przejawia się to w języku: „strach o tym mówić”, „wypluj to słowo”, „o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”. Uwielbiam rozmowy ludzi – przysłuchuję się, jak się do siebie zwracają i jak odpowiadają. Ja również zostałem przez nich nazwany i chyba pasuje do mnie ta nazwa: jestem płaski i równy, spokojny, dzięki czemu mogę zaglądać samochodom przez okna, a wrocławskim tramwajom oglądam podwozie.

marcin szczygiel 1
fot. Marcin Szczygieł

Z perspektywy ptasiej zaglądam w toń wody i w okna okolicznych budynków – najbardziej ukochałem sobie ten, w którym ludzie przechadzają się, niekiedy przystają i wpatrują się w obrazy, w zupełnie inny sposób niż na ulicy. Lubię to miejsce, bo przypomina ludziom o posiadanych przez nich zmysłach. Czasami nawet myślę, że pod pewnym względem jestem dzięki temu do nich podobny.

Po mojej przeciwnej stronie znajduję odbicie tej sytuacji – nie lustrzane, ale jakby pochodne. Na ścianach znajdują się książki, a obok nich czubki głów zaczytanych ludzi wpatrzonych w tekst. Tak jak i obrazy, teksty zostały stworzone przez autorów i autorki z różnych krajów i w różnych językach, a jednak w jakiś sposób komunikują się z odbiorcami; wyrażają to, czego czasem oni sami nie potrafią ująć w słowa. Wtedy myślę, że to piękne móc mówić i posługiwać się językiem: czy to ojczystym, czy takim, który dopiero się poznaje.

Łoskot, warkot, terkot.

Z zasłyszanych rozmów wywnioskowałem, że największym problemem ludzi jest czas. Słyszę często, jak mówią o „zmianie czasu” albo „zmianie czasów”, ciężko mi odróżnić. Ciekawa sprawa, bo czas dotyczy mnie w inny sposób – zupełnie nie mam na niego wpływu. Płynie obok mnie i pode mną niczym rzeka, która przygląda się mojemu odsłoniętemu, wilgotnemu od mchu podbrzuszu i która wyznacza naturalne granice. Moim zadaniem jest poskromić te dwie rzeczy: ułatwić ludziom życie w ich pośpiechu przeciwko czasowi i ujarzmić naturę. Robię to codziennie, bez wytchnienia, i mam cichą nadzieję, że dzięki temu jest im trochę łatwiej w tym miejskim pędzie. Kiedy jednak przyglądam się, jak biegną, jak starają się pokonać czas, zapominając imiona własne i czyjeś, myślę wtedy znów o mojej nazwie; o tym, po co była potrzebna i dochodzę do wniosku, że pokój na świecie mógłby zapanować tylko wtedy, gdyby granice były umowne, a każdy respektowałby taki stan rzeczy i byłby z nim zupełnie pogodzony. Moja budowa nie uwzględnia żadnych wieży ani łuków, przez co panorama wokół mnie jest wyjątkowo otwarta i przejrzysta. Brakuje u mnie pylonu, który nadawałby mi wygląd wieży do sforsowania; wieńczyłby moją sylwetkę w sposób dostojny i wywołujący uczucie pomieszane ze strachem i szacunkiem, gdy patrzy się na łuk katedr. Dzięki temu, że nie ma możliwości, by patrolować ani się na mnie zbroić, teren staje się widokiem. Każdy widzi drugi brzeg, a otwarta przejrzysta przestrzeń zniechęca do spisków i knowań. Mawia się, że trawa po drugiej stronie jest zawsze zieleńsza – każdy, kto mógłby spojrzeć pomiędzy czyjeś źdźbła, chwasty, poplony i gruzy dawnych ruin szybko zrozumiałby, że nie ma co się porównywać. Perspektywa odkrytych słabości zniechęca do konfrontacji, raczej zachęca do wymiany doświadczeń.

marcin szczygiel 79
fot. Marcin Szczygieł

Czasami, kiedy mam dobry humor, igram ze świadomością przechodniów. Gdy miną już jeden z moich przyczółków, pokazuje im wtedy, jak wyglądał widok z brzegu tysiąc, sto albo dziesięć lat wcześniej. Fabryki, kamienice, kościoły i wieże rozbudowują się albo zupełnie znikają; woda mieni się w oczach, a w powietrzu rozlegają się dźwięki i zapachy, których niewyczuwalne zwykle echo pobrzmiewa jeszcze wokół od tysiącleci.

Poza wyglądem budowli ludzie wcale tak bardzo nie różnią się od tych, którzy żyli kiedyś. Tak samo przeżywają, choć okazują to w inny sposób. Teraz też wystarczą im jedynie dwa mrugnięcia, zamiast całego dnia (jak kiedyś), żeby przywołać się do porządku i zapomnieć o tym, co im pokazałem. Chciałbym im jednak w ten sposób udowodnić, że mogą w jakiś sposób uniknąć czasu, kiedy na chwilę zatrzymają się i wejrzą w siebie, w swoje dawne wersje. Tak jak spoglądają we własne odbicie w wodzie.

Ja również nie muszę się nigdzie ruszać, żeby się przemieścić – przez okno wspomnianego budynku widać fragment obrazu, na którym znajduje się rzeka. I ta świadomość, że istnieją na świecie inne rzeki, a więc i inne mosty, które łączą, i które tak jak ja przysłuchują się czasowi skraplającemu się na czołach utrudzonych ludzi niczym woda, w zupełności mi wystarcza.

Brzdęk, szczęk, chrzęst.

Ostatni tramwaj zatrzymuje się z metalowym sykiem, a budynek, w którym znajdują się obrazy, szczelniej oplata bluszcz, chcąc ochronić go przed mrokami nocy. Naturze obojętne jest, co lub kogo oplata w liściastym uścisku. Zapachy benzyny, kurzu, rozgrzanego asfaltu i kamieni opadają do wody, która pochłania wszystko. Z miejsca, gdzie znajduje się mój starszy brat – stateczny, dumny i strzelisty – wydaje się jakby miasto powoli zanurzało się do rzeki. Ostatnio przesyłamy sobie wiadomości na brzegach fal, w których dzielimy się przemyśleniami na temat ludzi. Zauważył, że źle się dzieje na świecie: ludzie są niespokojni, jeżdżą w sposób szczególnie gwałtowny i coraz głośniej do siebie mówią, tak jakby nie byli w stanie się wzajemnie nie tyle usłyszeć, co zrozumieć. Torują sobie drogę mroczną skłonnością do wyolbrzymiania, albo przeciwnie – naiwnego optymizmu, kiedy nie da się już zaradzić pewnym sytuacjom. Czekamy wtedy razem na noc, kiedy zamiast przebiegać przez dzień, zmuszeni są zwolnić. Spoglądają wtedy za siebie i opierają się w pamięci o przeżyte godziny jak o nasze barierki. Zasypiając, zanurzają się w toń upłyniętego czasu i zapominają się decydować albo denerwować pochłaniani przez krainę, która odwiedza ich jedynie nocami. I myślę, że tego mogliby nam zazdrościć, bo my łączymy te dwa światy na raz, umiemy patrzeć wstecz, naprzód i poza czas, tylko nikt o tym nie wie.

marcin szczygiel 43
fot. Marcin Szczygieł

Kontury horyzontu zaczynają pulsować, a rzeka rozświetla się milionem drobnych rybich dusz. Myślę o nich jak o tysiącu zniczy, które świecą ku chwale mojego poprzednika i mam nadzieję, że – kiedy ludzie postanowią kolejny raz udowodnić sobie coś nawzajem, coś zupełnie bezsensownego – nigdy nie skończę tak jak on.

Projekt „Centrum Aktywności Lokalnej Plac Grunwaldzki OD NOWA - pilotaż” jest współfinansowany ze środków Gminy Wrocław.

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Polityka prywatności.
Plac Grunwaldzki OD NOWA