[ПРОКРУТИТИ ВНИЗ ДЛЯ УКРАЇНСЬКОЇ ВЕРСІЇ]
Aleksandra Podlejska: Kiedy i w jaki sposób po raz pierwszy zetknęła się Pani z osiedlem Plac Grunwaldzki?
Eugenia: Przyjechałam do Wrocławia po maturze, w 1951 roku, żeby rozpocząć tu studia. Chciałam zostać stomatologiem. Pochodzę jednak z rodziny wojskowej i dla osób takich jak ja nie było wtedy miejsc na uczelni. Zorganizowano dla nas studium, po którym można było uzyskać dyplom felczera. Z tym dokumentem można było wykonywać zawód albo pójść na pierwszy rok studiów na Akademii Medycznej, z czego zresztą niektórzy skorzystali. Ja nie, bo zachorowałam. Wspominam o studium, bo już wtedy poznałam okolice Placu Grunwaldzkiego. W tamtym czasie wyznaczano różnego rodzaju akcje społeczne dla młodzieży. My musieliśmy sadzić drzewka wzdłuż alei biegnącej od placu Grunwaldzkiego do Mostu Szczytnickiego. Poza tym, z początku pobytu we Wrocławiu nie pamiętam chyba nic więcej z tej okolicy, bo najpierw mieszkałam w innej części miasta.
Jak w tamtym czasie, kiedy sadziła Pani wspomniane drzewka, wyglądała ta okolica i jakie zrobiła na Pani wrażenie?
Przykre, ponieważ było tu dużo gruzów. Ulica Curie-Skłodowskiej jakoś się trzymała i przetrwała wojnę, ale sam plac był bardzo zniszczony, szczególnie okolice dzisiejszego ronda i pasażu, aż w stronę ulicy Piastowskiej. W czasie wojny niemieckie dowództwo zarządziło, aby wybudować właśnie w tym miejscu lotnisko. Przez to tak duża część placu została zniszczona. Po wojnie wybudowano tutaj akademiki Teki, zwane stodołami. Nikomu nie podobały się te budynki, więc z czasem postanowiono przysłonić je innymi budynkami uczelni. Ta strona placu Grunwaldzkiego nie jest zbyt udana, ale druga, gdzie powstały obiekty Akademii Rolniczej, wygląda ładnie.
Gdzie mieszkała Pani po przyjeździe do Wrocławia i co zadecydowało, że ostatecznie związała się Pani z Placem Grunwaldzkim?
Początkowo zamieszkałam u mojej kuzynki, która pracowała w szpitalu wojskowym, a potem przeniosłam się do mojej koleżanki, która zaproponowała mi, żebym zamieszkała z nią przy ul. Otwartej. Bardzo odpowiadało mi to miejsce, ponieważ mieliśmy wtedy praktyki w Szpitalu im. Ludwika Rydygiera, więc blisko. Zawsze w okolicach pierwszego każdego miesiąca, po wypłatach, miało miejsce dużo wypadków i nocą chodziło się na pogotowie pracować. Później tak się nieszczęśliwie dla mnie złożyło, że jak wspomniałam, zachorowałam na szkarlatynę. To choroba zaraźliwa, więc straciłam tamto lokum, co zresztą było zrozumiałe. Ktoś pomógł mi wtedy znaleźć inne mieszkanie i przeniosłam się do Starych Jatek, na ul. Malarską. Wynajmowałam tam niewielki pokój. W czasie choroby zupełnie zmieniłam swój zawód. Jak mówiłam, chciałam być stomatologiem, ale choroba skomplikowała te plany. Od dziecka miałam jednak talent do rysunku i w tamtym czasie, żeby móc się utrzymać, malowałam obrazy na zamówienie. Na Malarskiej był zakład szlifierski, który przygotowywał grafiony służące m.in. do kreślenia w biurach projektów. Pewnego dnia zimą wieczorem zapukał do mnie inżynier, który przyszedł do wspomnianego zakładu. Zapytał, czy mógłby wejść i się ogrzać, ponieważ na dworze było przeraźliwie zimno, a szlifierz gdzieś wyszedł i musiał na niego zaczekać. Kiedy przyszedł rysowałam akurat na prośbę mojego znajomego obraz, który miał przedstawiać mężczyznę grającego na pianinie, siedzącego przy oknie przez które wpadać miały promienie świecącego księżyca i za którym stać miała postać Śmierci z kosą. Nie było wtedy dostępnych płócien, więc posłużyło mi za nie czarne sukno ze spodni mojego ojca. Zastanawiałam się akurat, w jaki sposób oddać chropowatość kości Śmierci i wymyśliłam, żeby na końcówkę zapałki nakładać plastelinę i nią rysować na suknie. Kiedy to robiłam, inżynier zwrócił uwagę na moje zainteresowanie rysunkiem. Powiedział wtedy, że może znaleźć mi dobrą pracę w biurze projektów. Wspomniał, że poszukują kreślarzy. Ja nie miałam wtedy żadnych przyrządów, na których mogłabym się sprawdzić, nie mogłam też nigdzie ich kupić, ale na szczęście mój szwagier był technikiem budowlanym i miał w domu kalkę i resztę potrzebnego sprzętu. Zrobiłam u niego kilka kresek i z takim przygotowaniem poszłam na egzamin. Dyrektor biura od razu bardzo mnie polubił i zostałam przyjęta. Biuro projektów mieściło się w jednym z pomieszczeń budynku, w którym jest obecnie Muzeum Poczty Polskiej przy ul. Krasińskiego. Pracowało nas tam 30 osób. Byłam jedyną kobietą w sali w której pracowaliśmy, a oprócz mnie w zespole była jedna archiwistka. Byłyśmy więc dwie pośród samych mężczyzn. W ten sposób związałam się z architekturą. W międzyczasie studiowałam ten kierunek wieczorowo. W obrębie Placu Grunwaldzkiego zamieszkałam kilka lat później, w 1956 albo 1957 roku.

Pracując w biurze projektów musiała obserwować Pani na bieżąco co dzieje się w mieście, jak się zmienia i zabudowuje…
Tak, oczywiście, wiedziałam jakie obiekty mają powstać we Wrocławiu. Centrum miasta było jedną wielką ruiną, kiedy tu zamieszkałam. Na obrzeżach nie było tak źle. Miałam znajomych, którzy mieszkali w zachowanych willach pod Wrocławiem i dojeżdżali do pracy w centrum, gdzie było gruzowisko.
A czy w tym czasie w biurze opracowywano również plany dotyczące Placu Grunwaldzkiego?
Nie, to nastąpiło później. Jedną z większych inwestycji był tzw. wrocławski Manhattan, który zaprojektowano dużo później. Wielu osobom bardzo podoba się to, co zaproponowała Jadwiga Grabowska-Hawrylak i dużo Wrocławian cieszy się i chwali te budynki, ale mnie osobiście nigdy się nie podobały. Są to obiekty na wzór stojących przy wybrzeżach krajów śródziemnomorskich. W tamtejszym klimacie sprawdzają się takie rozwiązania ścian i ich krzywizn. Sama trochę podróżowałam, ponieważ znając język angielski i niemiecki, byłam również pilotem wycieczek biura Orbis, więc widziałam obiekty wspomnianych wybrzeży, które zaprojektowane zostały specjalnie pod dany klimat. Tutaj takie rozwiązania nie były konieczne. Znałam jedną z mieszkanek Manhattanu i kiedyś ją odwiedziłam. Lokale tam nie są zbyt dobrze zaprojektowane, a same balkony są naprawdę bardzo małe. Ale bloki stoją i wielu osobom, w tym architektom, bardzo się podobają. Jak to się mówi, są różne gusta.
Wspomniała Pani, że pod koniec lat 50. zamieszkała w obrębie osiedla. Czy to wtedy wprowadziła się Pani do budynku przy ulicy Benedyktyńskiej, w którym pozostaje do dzisiaj?
Tak, od razu zamieszkałam tutaj. To, jak się tutaj znalazłam, wiąże się z moją pracą. Po jakimś czasie z biura w budynku dawnej poczty przeniosłam się do Miejskiego Biura Projektów, które mieściło się w Rynku, w lokalu nad siedzibą Orbisu. W tamtym czasie bardzo intensywnie rozwijała się zachodnia część Wrocławia, w okolicach Legnickiej. Miasto projektowało tamtejsze budynki. Wtedy doszliśmy do wniosku, że wszyscy Wrocławianie mają mieszkania, a szewc bez butów chodzi i my, pracownicy biura ich nie mamy. Wówczas powstała u nas pierwsza spółdzielnia mieszkaniowa, do której się zapisałam, ale mój mąż to zlekceważył i wynajmowaliśmy nadal mieszkanie w willi na Wojszycach. Żyło nam się tam dobrze, ale z czasem syn właściciela dorósł i chciał zamieszkać w tym domu, więc wypowiedziano nam umowę. Wtedy powstał kłopot, ale na szczęście powstała druga spółdzielnia mieszkaniowa, która budowała osiedla w okolicach Wojszyc i Partynic. Niestety nie udało nam się dostać tam mieszkania. Potem spółdzielnia budowała domy szeregowe w okolicach ulicy Bajana. Mój mąż wpłacił wkład na mieszkanie i mieliśmy zamieszkać pod numerem 7. Ja w tym czasie, w 1953 roku, wyjechałam na kilka miesięcy do Austrii, do pracy, ponieważ planowaliśmy z mężem odwiedzić moją ciocię mieszkającą we Francji i potrzebowaliśmy dolarów, których nie mogliśmy zdobyć w Polsce. Kiedy po siedmiu miesiącach wróciłam, mieliśmy mieć już mieszkanie przy Bajana. Ponieważ sami projektowaliśmy w biurze te budynki, w Austrii kupiłam już nawet firanki pod wymiar. Kiedy przyjechałam okazało się, że mój mąż nie dopilnował terminu, a ponieważ mieszkań było mniej niż zakładano, pozostali członkowie spółdzielni szybko zarezerwowali lokale, a my zostaliśmy bez. Wtedy zaczęłam biegać do spółdzielni i kiedy wyrzucano mnie drzwiami, wchodziłam oknem. Nie dawałam im spokoju, z nadzieją, że uda mi się znaleźć dla nas mieszkanie. W końcu udało nam się znaleźć lokal tutaj, przy Benedyktyńskiej.
Jak wspomina Pani czas, w którym zamieszkała w tej okolicy?
Żyło się tutaj dobrze, było spokojnie i cicho, jest tak nadal. Jedyne co mi przeszkadza w tej okolicy, to stan chodników, szczególnie w okolicach ulic Miłej i Ładnej. Same płyty chodnikowe są niezniszczone i w dobrym stanie, ale przez lata stały się nierówne, jest tu wiele dziur. Bardzo źle się tutaj chodzi, szczególnie zimą, kiedy drogi są oblodzone. Taka sama sytuacja była tuż obok, na ulicy Sępa-Szarzyńskiego i ostatnio udało się wyrównać płyty. Mam nadzieję, że to samo zrobią z pozostałymi chodnikami. Kiedyś pisałam nawet w tej sprawie do władz miasta. Poza tym żyło się tutaj bardzo dobrze. Tuż obok, na Ładnej było dużo małych sklepików. Blisko było też do targowiska, które było dawniej po lewej stronie od miejsca, w którym stoi teraz Pasaż Grunwaldzki. Plac targowy był dla nas wszystkich bardzo korzystny. Można było na nim kupić wszystko i to bardzo tanio. Funkcjonował przez wiele lat. Oprócz stoisk były tam też niewielkie budki i pawilony. Pamiętam, że w jednej z nich kupowałam kwiaty. To miejsce było bardzo dobrze zaopatrzone i chętnie z niego korzystałam. Mogę opowiedzieć jedną historię związaną z targowiskiem. W latach 70., odwiedziłam mojego syna, który mieszka w Stanach. Przed powrotem zapytał mnie, czy jest coś, co chciałabym sobie kupić. Wtedy pomyślałam, że przydałaby mi się fototapeta do jednego z pokoi. Spodobała mi się jedna, która kosztowała 50 dolarów i ekspedientka powiedziała, że tak drogich tapet nie trzymają w sklepie, tylko zamawiają na życzenie klienta. Wkrótce miałam wracać do Polski, więc nie zdążyłabym jej odebrać. „No trudno”, pomyślałam i nie kupiłam żadnej. Kiedy przyjechałam do Wrocławia, poszłam na plac, gdzie znalazłam taką fototapetę, jaka mi odpowiadała i kupiłam ją za 3 złote, a nie za 50 dolarów! Tak więc było tu wszystko i tanio. Po likwidacji targowiska, część spośród sprzedających na targu osób, wynajęła lokale przy ulicach Ładnej i Szczytnickiej. Nadal przy Ładnej jest m.in. magiel [Rozmowa właścicielką magla, Panią Dominiką: https://placgrunwaldzki.com/dzialania/archiwum-sasiedzkie/rozmowy-z-mieszkancami/pani-dominika/. Rozmowa z jej córką Panią Jolantą: https://placgrunwaldzki.com/dzialania/archiwum-sasiedzkie/rozmowy-z-mieszkancami/pani-jolanta/] a obok niego sklep Pana Jacka, u którego wszystko można kupić. Ja w tej chwili, z uwagi na stan zdrowia nie chodzę już sama zbyt często po okolicy, ale słyszę od innych, że wiele z tych wygodnych sklepików, w których można było się zaopatrzyć już nie ma. Pamiętam, że na Ładnej były też lokale, w których można było kupić gazety, widokówki, czy znaczki pocztowe. Obecnie ich nie ma. Ale nadal są w okolicy sklepy i jest Pasaż, który również jest dobrze zaopatrzony. Uważam, że to osiedle jest dobrze zorganizowane.

Wspomina Pani o targowisku, które zostało zlikwidowane. Jak zareagowała Pani na tę wieść?
Wraz z innymi mieszkańcami bardzo nad tym ubolewaliśmy, bo targowisko było bardzo wygodne, a dostępne na nim produkty tanie i przede wszystkim świeże. No ale świat się zmienia i targ zastąpiła galeria, z której sama czasem korzystam. Zdarzało mi się chodzić tam też na kawę.
Jak z czasem zmieniał się na Pani oczach Plac Grunwaldzki?
Przede wszystkim stare, zniszczone budynki z czasem zyskiwały nowe elewacje i były odświeżane. W tamtym czasie ważnym problemem było zachowanie dawnej architektury, czym zresztą zajmowaliśmy się też w biurze projektów. Staraliśmy się wtedy dobierać kolory elewacji zgodnie z oryginalnymi planami budynków. Muszę powiedzieć, że ładnie zagospodarowano tereny przy Odrze należące do uczelni. Kiedyś nie wyglądały one za ciekawie, a teraz zrobiono tam zaplecze dla studentów, powstały różne stołówki i kafejki, co jest bardzo wygodne. Wielu studentów korzysta też z Pasażu, który znajduje się blisko uczelni. Na pewno bardzo dobrze i funkcjonalnie pomyślano to osiedle. Rozbudowywała się też przeciwna strona placu Grunwaldzkiego, gdzie powstały nowe budynki Uniwersytetu Medycznego i Politechniki. Wybrzeża Odry również bardzo ładnie się rozwijały. Plac Grunwaldzki pod wieloma względami zmienił się na korzyść w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.
Zamieszkała Pani na osiedlu w zasadzie kilka lat po wojnie, jaka atmosfera panowała wtedy wśród mieszkańców i czy rozmawiano o przedwojennej historii miasta?
Na pewno nie odczułam tu powojennej traumy. Ludzie po prostu zabrali się do pracy i starali budować tu swoje życie. Jedynie ilość gruzów w całym mieście wywoływała przykre wrażenie. Na przykład okolice placu Społecznego i ulicy Traugutta były bardzo zniszczone. Nieopodal było przecież wspomniane lotnisko, więc bombardowano te tereny. Również plac Dominikański był zrujnowany.
A jak wyglądała wówczas społeczność i życie sąsiedzkie w Pani najbliższej okolicy?
Trudno mi powiedzieć, dlatego że nie znałam tutaj zbyt wielu osób. W naszym pionie w bloku mieszkali przede wszystkim naukowcy. Na górze mieszkał kolega mojego męża, z którym poznali się na rybach, był wtedy rektorem Akademii Wychowania Fizycznego, a jego żona lekarzem. Mieszkał tutaj też Pan stomatolog, syn mojego dentysty, a także prawnicy i wykładowcy różnych uczelni. Było tu spokojnie. Teraz ta społeczność się trochę zmieniła. Zamieszkali tutaj studenci, a także emigranci. Nadal jest spokojnie i nie można narzekać.

Gdzie najchętniej spędzała Pani czas na osiedlu?
Spacerowaliśmy z mężem i synem wzdłuż Odry w stronę Ostrowa Tumskiego, ponieważ mój mąż łowił ryby. Czas spędzaliśmy więc głównie nad rzeką. Pamiętam, że katedra bardzo długo była zniszczona działaniami wojennymi. Kolega mojego męża projektował oświetlenia jej wież. Wcześniej kościół był otynkowany i prowadzono poważne prace nad jego oczyszczeniem i przywróceniem surowej cegły. Powstały też na Ostrowie różne kawiarenki. Teraz jest tam bardzo ładnie. Czasem chodziłam tam z koleżanką. Obok Mostu Grunwaldzkiego, w kierunku Mostu Zwierzynieckiego organizowano różne miejsca wypoczynkowe, w których można było spędzać czas. Razem z koleżanką brałyśmy koszyczek z jedzeniem i siedziałyśmy nad Odrą.
A teraz, jakie miejsca odwiedza Pani na osiedlu najczęściej?
Jak wspomniałam, obecnie ze względu na mój stan zdrowia nie mogę wychodzić zbyt często. Spaceruję przede wszystkim z rehabilitantem i wtedy idziemy ulicą Benedyktyńską, do ulicy Miłej w kierunku skweru Bocheńskiego, gdzie siadamy na chwilę na ławeczce, a potem ulicą Sępa-Szarzyńskiego wracamy do mnie do domu.
Mówiła Pani wcześniej o okolicznych chodnikach, których stan w okolicy pozostawia wiele do życzenia. Co jeszcze chciałaby Pani, aby zmieniło się w okolicy?
Chodniki to sprawa, którą należałoby się zająć w pierwszej kolejności. Poza tym przydałoby się tutaj więcej ławeczek, na których można by przysiąść wracając z zakupami. Ja idąc z torbami do domu, odpoczywałam czasami na schodkach przy bunkrze, gdzie stawiałam ciężkie siatki. Idąc w kierunku ulicy Ładnej jest tu niewielki skwerek, na którym stał kiedyś bardzo użyteczny kiosk. Już go nie ma, a sam skwerek nie został zbyt ładnie zagospodarowany. Tam mogłaby być właśnie taka ławeczka, która na pewno przydałaby się starszym osobom.
Co zadecydowało o tym, że przez te wszystkie lata została Pani na Placu Grunwaldzkim, w tym samym mieszkaniu przy ulicy Benedyktyńskiej?
Nigdy nie myślałam o przeprowadzce, dlatego że tutaj się dobrze mieszka. Budynek, w którym mieszkam został dobrze zaizolowany, dzięki czemu w mieszkaniu nie odczuwa się upałów, a zimą jest ciepło. Z mieszkania mam też bardzo ładne widoki, m.in. na Przedszkole Sióstr Jadwiżanek z zazielenionym podwórkiem, na którym bawią się dzieci. Poza tym jest tu dobre zaopatrzenie, tuż obok mam Biedronkę, a niedaleko ulicę Ładną ze sklepami. Szkoda tylko, że coraz więcej z nich jest likwidowanych.
Co przychodzi Pani na myśl, kiedy słyszy Pani o osiedlu Plac Grunwaldzki?
Powiedziałabym, że od razu myślę o stronie placu Grunwaldzkiego w stronę Mostu Zwierzynieckiego. Poza tym to osiedle kojarzy mi się z dobrym zaopatrzeniem i usługami.
Rozmowa zrealizowana dzięki dofinansowaniu ze środków Fundacji EVZ w ramach programu “local.history” i projektu „Plac Grunwaldzki – nieopowiedziana historia”. #SupportedByEVZ
Пані Євгенія
Александра Подлейска (AП): Коли і як Ви вперше зіткнулися з мікрорайоном Площа Грунвальдська [Plac Grunwaldzki]?
Євгенія (Є): Після закінчення школи, у 1951 році, я приїхала до Вроцлава, щоб розпочати тут навчання. Хотіла стати стоматологом. Однак я походила з сім’ї військових, а для таких, як я, в університеті на той час не було місць. Для нас організували навчальний курс, після якого можна було отримати диплом фельдшера. З цим документом можна було або практикувати за фахом, або вступати на перший курс медичної академії, чим дехто і скористався. Я ні, бо захворіла. Я згадую про студіум, тому що на той час я вже була знайома з місцевістю навколо Грунвальдської площі. У той час там проводили всілякі соціальні заходи для молоді. Ми повинні були висаджувати дерева вздовж алеї, що тягнеться від площі Грунвальдської до Щитніцкого мосту [Most Szczytnicki]. Крім цього, не думаю, що я пам’ятаю щось ще з моїх перших днів у Вроцлаві, тому що спочатку я мешкала в іншій частині міста.
AП: Як виглядала місцевість, коли Ви саджали ці деревця, і яке враження вона на Вас справила?
Є: Засмучує те, що там було багато завалів. Вулиця Curie-Skłodowskiej якось вистояла і пережила війну, але сама площа була сильно пошкоджена, особливо територія навколо сьогоднішнього кільця і переходу, аж до вул. Piastowska. Під час війни німецьке командування наказало побудувати на цьому місці аеродром. Через це значна частина площі була знищена. Після повоєнних років тут побудували гуртожитки „Teki”, відомі як „stodoły” („сараї”). Ці будівлі нікому не подобалися, тому з часом було вирішено заслонити їх іншими університетськими корпусами. Ця сторона площі Грунвальдської не дуже вдала, а от інша частина, де збудовані будівлі Сільськогосподарської академії, має гарний вигляд.
AП: Де ви мешкали, коли приїхали до Вроцлава, і що змусило вас остаточно вирішити жити на Грунвальдській площі?
Є: Спочатку я зупинилася у двоюрідного брата, який працював у військовому госпіталі, а потім переїхала до подруги, яка запропонувала мені оселитися у неї на вул. Otwarta. Менe це влаштовувало, тому що в той час ми проходили практику в госпіталі ім. Людвіга Ридиґера, тож це було близько. Першого числа кожного місяця, після зарплати, ставалося чимало нещасних випадків, і ночами ми їздили до відділення швидкої допомоги на роботу. Потім мене спіткало прикре невезіння – як вже згадувала, я захворіла на скарлатину. То була заразна хвороба, тому я втратила попереднє помешкання, що було цілком зрозуміло. Потім хтось допоміг мені знайти іншу квартиру, і я переселилася до „Stare Jatki”, що на вулиці Malarska. Я винаймала там маленьку кімнату. Під час хвороби повністю змінила професію. Я вже розповідала, що хотіла бути стоматологом, але хвороба ускладнила ці плани. Однак з дитинства я мала талант до малювання і в той час, щоб мати можливість утримувати себе, малювала картини на замовлення. На вул. Malarska була шліфувальна фабрика, яка виготовляла графеми, що використовувалися, зокрема, для креслення в конструкторських бюро. Одного зимового вечора до мене постукав інженер, який приїхав на цей завод. Запитав, чи можна зайти погрітися, бо на вулиці страшенно холодно, а шліфувальник кудись поїхав і йому доводиться чекати на нього. Коли він прийшов, я малювала за запитом мого знайомого картину чоловіка, який грав на піаніно, сидячи біля вікна, крізь яке мало падати проміння сяючого місяця, а за яким стояла фігура Смерті з косою. На той час не було доступних полотен, тому я використала чорну тканину від штанів мого батька як полотно. Мені було цікаво, як передати шорсткість кісток Смерті, і я придумала наносити пластилін на кінець сірника і малювати ним на тканині. Поки я це робила, інженер звернув увагу на мій інтерес до малювання. Тоді він сказав, що може знайти мені хорошу роботу в бюро проектування. Сказав, що їм потрібні креслярі. У мене тоді не було ніяких інструментів, щоб перевірити себе, і не могла їх ніде купити, але, на щастя, мій шваґер був будівельним техніком і мав удома кальку та інше необхідне обладнання. Зробила у нього кілька креслень та з такою підготовкою пішла на екзамен. Директор бюро одразу ж вподобав мене, і мене прийняли. Конструкторське бюро було розташоване в одній з кімнат будинку, де зараз знаходиться Музей польської пошти на вул. Krasińskiego. Нас там працювало 30 осіб. Я була єдиною жінкою в кабінеті, де ми працювали, а окрім мене в колективі була ще одна архівістка. Таким чином, було нас двоє серед самих чоловіків. Ось так і захопилася архітектурою. У той же час, вчилась на такому ж факультеті вечорами. В межах Грунвальдської площі я оселилася через кілька років, у 1956 чи 1957 році.

AП: Працюючи в проектному бюро, Ви мали змогу спостерігати в реальному часі за тим, що відбувається в місті, як воно змінюється та забудовується….
Є: Так, звичайно, мені було відомо, які об’єкти мали бути побудовані у Вроцлаві. Коли я переїхала сюди, центр міста був однією великою руїною. На околицях було не так погано. У мене були друзі, які жили в збережених віллах під Вроцлавом, а на роботу добиралися через центр, де були розвалини.
AП: А чи розроблялися в той час в бюро плани щодо пл. Грунвальдської?
Є: Ні, це наступило пізніше. Однією з найбільших розробок був так званий „Вроцлавський Мангеттен” [wrocławski Manhattan], який був спроектований набагато пізніше. Багатьом людям до вподоби те, що запропонувала Ядвіґа Ґрабовска-Гавриляк, багато мешканців Вроцлава насолоджуються і хвалять ці будівлі, але особисто мені вони ніколи не подобалися. Це будівлі на кшталт тих, що стоять на берегах середземноморських країн. У тамтешньому кліматі такі рішення стін та їхні вигини добре працюють. Я й сама трохи подорожувала, оскільки володію англійською та німецькою мовами, а також була гідом в офісі „Orbis”, тож бачила об’єкти на вищезгаданих узбережжях, які були спроектовані спеціально під даний клімат. Тут такі рішення не до кінця були потрібні. Я знала одну з мешканок Мангеттена і одного разу була у неї в гостях. Приміщення там не надто вдало спроектовані, а самі балкони дійсно дуже маленькі. Але блоки стоять і багатьом людям, в тому числі архітекторам, вони подобаються. Як то кажуть, смаки бувають різні.
AП: Ви згадували, що оселилися в мікрорайоні наприкінці 1950-х років. Саме тоді Ви переїхали до будинку на вулиці Benedyktyńska, де мешкаєте й досі?
Є: Так, одразу тут оселилася. Те, як я тут опинилася, пов’язано з моєю роботою. Через деякий час я переїхала зі свого кабінету в колишній будівлі пошти до Міського проектного бюро, яке знаходилося на площі Ринок, у приміщенні над головним офісом компанії „Orbis”. У той час західна частина Вроцлава дуже інтенсивно розвивалася, навколо Legnicka. Місто проектувало тамтешні будинки. Тоді ми дійшли висновку, що всі мешканці Вроцлава мають квартири, а ми, співробітники бюро їх не маємо. У той час в нашому районі був створений перший житловий кооператив, в який я вступила, але мій чоловік знехтував цим, і ми продовжували знімати квартиру на віллі у Войшицах. Нам там добре жилося, але з часом син власника виріс і хотів жити в будинку, тому наш договір розірвали. Тоді виникли проблеми, але, на щастя, був створений другий житловий кооператив, який будував житлові комплекси в околицях Войшиц і Партиніц. На жаль, нам не вдалося отримати там помешкання. Потім цей же кооператив будував терасові будинки в районі вул. Bajana. Мій чоловік вніс депозит на квартиру, і ми повинні були жити під номером 7. Я в той час, у 1953 році, поїхала на кілька місяців до Австрії на заробітки, тому що ми з чоловіком планували відвідати мою тітку, яка жила у Франції, і нам потрібні були долари, яких ми не могли дістати в Польщі. Коли я повернулась через сім місяців, ми вже збирались купувати квартиру на вул. Bajana. Оскільки в бюро ми самі проектували будівлі, я навіть вже купила штори на замовлення в Австрії. Приїхавши, я дізналася, що мій чоловік не встиг подати документи, а оскільки квартир було менше, ніж передбачалося, інші члени кооперативу швидко забронювали їх, а ми залишилися без житла. Тоді я почала бігти до кооперативу, а коли мене виставляли за двері, я залізла через вікно. Я не давала їм спокою, сподіваючись знайти для нас квартиру. Зрештою, нам вдалося знайти місце тут, на вулиці Benedyktyńska.
AП: Як Ви згадуєте час, коли мешкали в цьому районі?
Є: Мені тут жилося добре, було тихо і спокійно, і так воно і залишилося. Єдине, що мене турбує в цьому районі, – це стан тротуарів, особливо в прилеглих вулицях Miła i Ładna. Сама тротуарна плитка не пошкоджена і в хорошому стані, але з роками вона стала нерівною, з’явилося багато ям. Пересуватися тут вкрай незручно, особливо взимку, коли на дорогах ожеледиця. Така ж ситуація була по сусідству, на вул. Sępa-Szarzyńskiego і нещодавно їм вдалося вирівняти плити. Сподіваюся, що так само зроблять і з іншими тротуарами. Я свого часу навіть писала з цього приводу міській владі. PКрім того, в цілому життя тут було дуже гарне. Поруч, на вул. Ładna було багато маленьких крамничок. Також недалеко був ринок, який знаходився ліворуч від того місця, де зараз стоїть „Pasaż Grunwaldzki”. Базарна площа була дуже вигідною для всіх нас. Там можна було купити все і дуже дешево. Вона діяла впродовж багатьох років. Крім яток, були також невеликі кіоски та павільйони. Пам’ятаю, що в одному з них я купувала квіти. Це місце було дуже добре укомплектоване, мені подобалося там робити покупки. Я можу розповісти одну історію, пов’язану з ринком. У 1970-х роках я їздила в гості до сина, який живе в Штатах. Перед поверненням він запитав мене, чи немає чогось, що я хотіла б купити для себе. Тоді я подумала, що мені б не завадили шпалери для однієї з кімнат. Мені сподобалися одні, які коштували 50 доларів, та продавчиня сказала, що таких дорогих шпалер у них в магазині немає, вони замовляють їх на прохання клієнта. Незабаром я мала повертатися до Польщі, і не мала часу, щоб їх забрати. „Ну що ж, не поталанило”, – подумала я і не купила жодної. Приїхавши до Вроцлава, я пішла на площу, де знайшла потрібні мені шпалери і купила їх за 3 злотих, а не за 50 доларів! Тож тут було все і дешево. Після ліквідації базару частина людей, які торгували на ньому, орендували приміщення на вул. Ładna i Szczytnicka. На вул. Ładna серед іншого [Інтерв’ю з власницею манґлу, пані Домінікою: https://placgrunwaldzki.com/dzialania/archiwum-sasiedzkie/rozmowy-z-mieszkancami/pani-dominika/. Розмова з донькою пані Йолантою: https://placgrunwaldzki.com/dzialania/archiwum-sasiedzkie/rozmowy-z-mieszkancami/pani-jolanta/], досі є прасувальня, а поруч з ним магазин пана Яцека, де можна купити все, що завгодно. Зараз, через стан здоров’я, я не часто гуляю в цьому мікрорайоні, але чую від інших, що багато зручних магазинів, де можна було придбати продукти, вже не працюють. Пам’ятаю, що на Ładna також були приміщення, де можна було купити газети, листівки чи поштові марки. Зараз цього вже немає. Проте в цьому кварталі все ще є крамниці, а також „Pasaż”, який також непогано заповнений товарами. Вважаю, що мікрорайон добре організований.

AП: Ви згадали про ліквідований ринок. Як Ви відреагували на цю новину?
Є: Я і мої співмешканці дуже нарікали на це, бо базар був дуже зручним, а продукти – дешевими і, головне, свіжими. Але світ змінюється, і на місці ринку з’явився торговий центр, яким й самa іноді користуюся. Бувало, ходила туди і на каву.
AП: Як на Ваших очах змінювалася площа Грунвальдська з плином часу?
Є: Перш за все, старі, напівзруйновані будівлі з часом набували нових облицювань і виглядали оновленими. На той час збереження старої архітектури було важливим питанням, над яким ми також працювали в проектному бюро. Тоді ми намагалися підбирати кольори фасадів відповідно до оригінальних планів будівель. Мушу сказати, що ділянки біля річки Одри, які належали до університету, були добре впорядковані. Раніше вони не виглядали занадто цікаво, але зараз там зроблені всілякі зручності для студентів, відкрилися різноманітні їдальні та кафе, що є вельми доречним. Багато студентів також ходять до „Pasaż Grunwaldzki”, який знаходиться поруч з університетом. Безумовно, мікрорайон дуже добре і функціонально продуманий. Протилежний бік площі Грунвальдської також розбудовувався, з’являлися нові будинки для Медичного та Технічного університетів. Береги Одри також добре розбудовувались. За останні кілька десятиліть пл. Грунвальдська багато в чому змінилася на краще.
AП: Ви оселилися в мікрорайоні фактично через кілька років після війни, якою була атмосфера серед мешканців у той час і чи велися розмови про довоєнну історію міста?
Є: Повоєнної травми я тут не відчула. Люди просто повернулися до роботи і намагалися налагодити своє життя. Неприємне враження справляла лише кількість руїн по всьому місту. Наприклад, сильно постраждала територія навколо площі Сполечної [plac Społeczny] і вул. Traugutta. Бо поруч розташувався вищезгаданий аеропорт, відтак район зазнав бомбардувань. Також була знищена Домініканська площа [plac Dominikański].
AП:А яким було життя громади та сусідів у вашій найближчій околиці в той час?
Є: Мені важко сказати, бо я мало кого тут знала. На нашому поверсі жили переважно науковці. Нагорі жив друг мого чоловіка, з яким вони познайомилися на рибалці; він тоді був ректором Академії фізичного виховання, а його дружина – лікаркою. Також тут жив пан стоматолог, син мого зубного лікаря, адвокати та викладачі з різних університетів. Було спокійно. Зараз ця спільнота трохи змінилася. Тут оселилися студенти, а також емігранти. Але все одно спокійно, і скаржитися не доводиться.

AП: Де вам найбільше подобалося проводити час у мікрорайоні?
Є: Ми з чоловіком і сином гуляли вздовж Одри в напрямку Острова Тумського [Ostrów Tumski], тому що мій чоловік рибалив. Тож ми проводили час переважно біля річки. Я пам’ятаю, що катедра була дуже довго зруйнована внаслідок воєнних дій. Колега мого чоловіка проектував освітлення її веж. Раніше костел був потинькований, зараз тривають масштабні роботи з його очищення та відновлення грубої цегляної кладки. На Острові також з’явилися різні кав’ярні. Тепер там стало дуже гарно. Поруч з Грунвальдським мостом [Most Grunwaldzki], в напрямку Звєжинецького мосту [Most Zwierzyniecki], організовувалися різні місця для відпочинку, де можна було провести час. Ми з подругою ходили туди. Брали з собою кошик з їжею і сиділи на березі Одри.
AП: А які місця в мікрорайоні Ви відвідуєте найчастіше?
Є: Як вже згадувала, зараз через стан здоров’я я не можу часто виходити на вулицю. В основному гуляю зі своїм реабілітологом, а потім ми йдемо вулицею Benedyktyńska, до вул. Miła у сторону скверу Bocheńskiego, де трохи сидимо на лавці, а потім вулицею Sępa-Szarzyńskiego повертаємося до мого будинку.
AП: Раніше Ви розповідали про навколишні тротуари, стан яких у цьому мікрорайоні залишає бажати кращого. Що б Ви ще хотіли змінити в цій околиці?
Є: Тротуари – це перше, на що слід звернути увагу. Також було б корисно мати більше лавок, на яких можна було б посидіти, коли повертаєшся додому з покупками. Коли я йшла додому з сумками, то іноді відпочивала на сходинках біля бункера, куди ставила свої важкі сітки. Якщо йти в бік вулиці Ładna, там є невеличкий сквер, де колись стояв вельми корисний кіоск. Його вже немає, а сам сквер не надто впорядкований. Там могла б стояти саме така лавка, яка, безумовно, була б у нагоді людям похилого віку.
AП: Що спонукало вас проживати всі ці роки на Грунвальдській площі, в тій самій квартирі на вул. Benedyktyńska?
Є: Ніколи не думала про переїзд, тому що мені тут добре живеться. Будинок, в якому я живу, добре ізольований, тому в квартирі не спекотно, а взимку тепло. З моєї квартири відкривається чудовий краєвид, зокрема на дитячий садок „Сестер Святої Ядвіґи” (Przedszkole Sióstr Jadwiżanek) із зеленим подвір’ям, де граються діти. Крім того, тут є хороше розташування, по сусідству зі мною „Biedronka”, неподалік – вулиця Ładna з крамницями. Прикро тільки, що дедалі більше з них закриваються.
AП: Що спадає на думку, коли Ви чуєте про мікрорайон Plac Grunwaldzki?
Є: Я б сказала, що одразу згадую сторону площі Грунвальдської в напрямку Звєжинецького мосту. Крім того, цей мікрорайон асоціюється у мене з гарним розташуванням та послугами.
Розмова відбулася завдяки фінансуванню Фонду EVZ у рамках програми «local.history» та проекту «Plac Grunwaldzki – untold story». #SupportedByEVZ
