[ПРОКРУТИТИ ВНИЗ ДЛЯ УКРАЇНСЬКОЇ ВЕРСІЇ]
Aleksandra Podlejska: Kiedy i w jaki sposób związała się Pani z osiedlem Plac Grunwaldzki?
Joanna Suchorzewska: Urodziłam się tutaj, w mieszkaniu przy ulicy Łukasiewicza, w którym żyję do dziś. Nie miałam wpływu na związek z osiedlem, po prostu tutaj się urodziłam i wychowałam. Przez pierwsze lata mojego życia nie znałam innych dzielnic Wrocławia. Moi rodzice przyjechali z daleka, więc w mieście nie miałam nawet rodziny, którą mogłabym odwiedzać. Moje poznawanie Wrocławia poza Placem Grunwaldzkim ograniczało się początkowo jedynie do odwiedzania lekarzy, koleżanek i kolegów oraz ewentualnych wypadów na łyżwy, czy nad Odrę. Poza tym moje życie toczyło się na Placu Grunwaldzkim. Później poznawałam Wrocław, kiedy zaczęłam jeździć tramwajem do szkoły przy ulicy Łowieckiej. Potem rozpoczęłam studia i wyjechałam na jakiś czas z miasta, ale wróciłam i teraz spotykam w okolicy osoby, które znałam z piaskownicy. Nasze drogi rozeszły się po szkole, a teraz, po latach ponownie się zeszły.
Powiedziała Pani, że Pani rodzice przyjechali tutaj z daleka. Czy wie Pani, dlaczego zamieszkali akurat tutaj?
Mój ojciec przyjechał do Wrocławia na studia, kiedy na uczelni otwierano wydział prawa. Początkowo planował uczyć się w Krakowie, ale tam bardzo trudno było znaleźć mieszkanie. Tato na studia przyjechał z Lublina, a pochodził ze Stanisławowa, więc z zupełnie innej części kraju, a zamieszkanie we Wrocławiu nie było planowane. Po prostu tutaj otworzono wydział i istniała możliwość zakwaterowania. Mama natomiast przyjechała tutaj po Powstaniu Warszawskim i pobycie w obozie NKWD. Też chciała tutaj studiować. Niestety miała ukończone tzw. gimnazjum kupieckie, więc musiała uzupełnić pewne rzeczy, a jej przeszłość specjalnie w tym nie pomagała. Wiem, że tutaj w okolicach ukrywało się dużo AK-owców, którym udawało się zatrzeć ślady swojej historii, jednak nie każdy był, jak moja mama, po obozie NKWD i obozie UB. Później poznała tu mojego tatę i założyli rodzinę. Kiedy zamieszkali przy ulicy Łukasiewicza, w okolicy była cała masa rodzin z dziećmi, które nie chodziły do przedszkoli, ponieważ w tamtym czasie mamy zwykle nie pracowały. Bawiliśmy się wspólnie i odkrywaliśmy tutejszy skwerek, podwórka, no i okolice.
Jakie jest Pani pierwsze wspomnienie związane z tą okolicą?
Trudno powiedzieć, ale wydaje mi się, że pierwszym jest to, kiedy miałam około dwóch lat i byłam chora. Miałam zapalenie uszu i żeby się nie nudzić, wyglądałam przez okno i obserwowałam, co dzieje się na zewnątrz. Moja mama w tamtym czasie starała się dostać na studia plastyczne i dużo rysowała. Narysowała właśnie ten moment, kiedy stałam na stołeczku i wyglądałam przez szybę. Moje pierwsze wspomnienia wiążą się z tym, co wtedy widziałam, czyli skwerek i zupełnie pusty plac w miejscu, w którym dzisiaj stoi budynek Wydziału Mechanicznego Politechniki. Na samym rogu ulicy był trawnik, przez który prowadziła ścieżka, przy niej stała młoda brzoza. Ten obraz mam do dzisiaj pod powiekami. Kiedy byłam nieco starsza, bawiłam się z rodzeństwem i dziećmi na podwórku. Wszyscy mieszkający tu rodzice wypuszczali nas na dwór, wołając tylko co jakiś czas i podając w koszyczkach spuszczanych na sznurku z okien chleb z masłem. Jego smak i zapach pamiętam do dzisiaj. Przy każdym z wejść na podwórko były krany z ogólnie dostępną wodą, zrobione po to, by móc myć podest, którego już nie ma. Jako dzieci korzystaliśmy z nich, żeby myć ręce i pić z nich wodę. Te najwcześniejsze wspomnienia z osiedla związane są właśnie z zabawami na podwórku.
W jaki sposób spędzało się wtedy czas w okolicy?
Miałam starszego brata, którym, co może brzmieć komicznie, miałam się opiekować. Mama zawsze mi to powtarzała. On wybierał towarzystwo chłopców, a ja chętnie do nich dołączałam. Wolałam rozrabiać niż bawić się lalkami z dziewczynkami. Chociaż sama miałam lalki, to ten czas na podwórku wolałam spędzić inaczej, a z chłopcami zawsze mieliśmy jakieś ciekawe pomysły. Chodziliśmy na przykład łowić raki tuż obok śluzy, przy której obecnie stoją barki. Bawiliśmy się też w podchody, co wiązało się z eksploracją zakamarków Politechniki, czy Klinik. Zawsze mieliśmy w grupie kogoś, kto pilnował czasu, żeby rodzice zbytnio się o nas nie martwili, ale mamy zajęte były sprzątaniem i gotowaniem. Wiedziały też, że jeśli nie ma nas ani na skwerku, ani na podwórku, to na pewno jesteśmy gdzieś niedaleko. Pamiętam, że jezdnia ulicy Smoluchowskiego zrobiona była z naturalnego asfaltu. To była szara, gładziutka powierzchnia, cudowna na wrotki, więc często chodziliśmy tam jeździć. To było już poza zasięgiem wzroku mojej mamy, ale wiadomo było, że tam się bawimy. Niedaleko rosły też akacje, których owoce jedliśmy w czerwcu. Były pyszne. Na skwerku nie było wtedy żadnego placu zabaw. Były dwa oddzielne trawniki, a po środku znajdowała się kilkunastokątna piaskownica. Przy każdym z jej rogów stał kasztanowiec. Wszystkie drzewa zostały spięte ze sobą w taki sposób, żeby rosły w kręgu. Do dzisiaj zostały tylko dwa. Wcześniej na skwerku stała też karuzela, ale została zdewastowana jeszcze zanim moi rodzice tutaj zamieszkali. Słyszałam o niej tylko od starszych dzieci. Skwerek był kiedyś miejscem, w którym było o wiele więcej drzew niż jest obecnie. Był tu stary wiąz, dąb, przepiękny jawor, który przewrócił się dopiero w latach 90. Od ulicy Curie-Skłodowskiej też osłaniały nas drzewa. Również żywopłot był o wiele wyższy, więc to było miejsce otoczone ścianą zieleni, zaciszone i niełatwe do dojrzenia z ulicy.
Z dzieciństwa, pamiętam sytuację, kiedy mój brat zaciągnął mnie i naszego sąsiada Zbyszka na tereny Politechniki, gdzie w jednym z podwórzy stały ogromne, murowane śmietniki z klapą od góry. Te pojemniki przeznaczone były tylko na papiery, więc nie było w nich żadnych innych odpadów. Jako że mój brat był z nas najstarszy, wydawał rozkazy i polecił mi i Zbyszkowi wejść do tych śmietników i szukać kopert ze znaczkami. Tak rozumiał zbieranie znaczków. Tę scenę, w której mój brat rozkazuje nam, siedzącym w śmietniku, z którego dochodzą jakieś odpowiedzi, zaobserwował pracownik Politechniki. Podszedł do nas i powiedział mojemu bratu, że da mu znaczki i żeby nie zmuszał nas do eksplorowania kubłów. Zaprosił nas za sobą do budynku Politechniki. Wtedy pierwszy raz byłam w środku tego gmachu i jego wnętrza wydawały mi się ogromne. Później, kiedy tam pracowałam, nie były już dla mnie takie duże. Szliśmy korytarzami wywołując niemałe zamieszanie. Trójka małych bajtli, nieco umorusanych, to raczej niecodzienny widok na uczelni. Wspomniany Pan, który nas prowadził, umówił się z moim bratem, że jeśli będzie chciał znaczki, to ma przyjść do niego. Oburzające było dla niego, że wysłał małe dzieci na poszukiwania poczty w śmietniku. To jedno ze wspomnień, które dobrze pamiętam. Poza tym, pod powiekami mam wiele innych obrazów z dzieciństwa. Pamiętam np. zburzony gmach Wydziału Chemii, a bliżej placu Grunwaldzkiego, wyłożony drobną granitową kostką dziedziniec dawnego kościoła Lutra, którego już wówczas nie było. Wiem, że bardzo się dziwiłam, dlaczego znajdująca się tam brukowana droga nie zmierza ku placowi, ale biegnie w innym kierunku. Sama nie mogłam pamiętać istnienia ulicy Targowej, która dawniej nazywała się ulicą Lutra, ale mój ojciec jeszcze ją kojarzył. Kiedy dziwiłam się, czemu droga tak dziwnie biegnie, tata wytłumaczył mi, że dawniej stały przy niej domy. Przyjechał tu w 1945 roku i zamieszkał na Biskupinie, więc bywał w tej okolicy i pamiętał ruiny kamienic, które kiedyś przy niej stały.
W czasie kiedy już chodziłam do szkoły i powstał już przy osi grunwaldzkiej Dom Naukowca, chodziliśmy do niego z grupą dzieci, ponieważ drzwi nie były wtedy zamykane na klucz. Wchodziliśmy do środka i windą wjeżdżaliśmy na samą górę, żeby z dachu oglądać okolicę.
Jak wtedy wyglądała?
Zobaczenie czegoś z lotu ptaka, w czasie, kiedy człowiek jest niskiego wzrostu i raczej przyziemny, wywołało ogromne wrażenie. Oglądaliśmy z góry w zasadzie pustkę. W latach 60. plac Grunwaldzki był pusty i wyglądał niemal jak zagon. Jednocześnie ten brak zabudowy pozwalał ujrzeć dal. Było tu dużo wolnej przestrzeni. Kiedy będąc dorosła, mieszkałam przez jakiś czas w Berlinie, gdzie architektura jest podobna do wrocławskiej, ujrzałam wąwozy ulic. Ich szczelne zabudowanie i zagęszczenie kamienic bez zieleni było dla mnie czymś strasznym. W większych miastach standardem jest, że budynki stoją obok siebie, szczelnie wypełniając teren, a tutaj, na Placu Grunwaldzkim mieliśmy przestrzeń. Poza tym, tuż obok domu mieliśmy zieleń i Odrę. Nie mogę powiedzieć, że było jak na wsi, ale było spokojnie, w tamtym czasie nie było też przecież zbyt wielu samochodów.
Wspomniała Pani wcześniej o pozostałościach po kościele Lutra i zburzonym Wydziale Chemii. Czy w czasach kiedy była Pani dzieckiem na osiedlu wciąż były powojenne ruiny?
Moja koleżanka — sąsiadka, przypomniała mi niedawno, że jako dzieci bawiliśmy się na kamiennych blokach, które były pozostałościami właśnie po kościele Lutra. Tutaj, w naszej najbliższej okolicy, pamiętam tylko jedną zrujnowaną kamienicę, obok budynku sanepidu. Musiała uderzyć w nią bomba. W kamienicy nie było schodów i wchodziło się na piętra po drabinie, położonej na wspornikach schodów. Moja mama odwiedzała tam koleżankę, która mieszkała na pierwszym albo drugim piętrze. W latach 50. ludzie mieszkali tam, gdzie było wolne lokum. Brak schodów nie był wtedy żadnym problemem. Kiedy wyburzono tę kamienicę, w jej miejscu powstał blok mieszkalny żeglugi.
Czy takie widoki, jak kamienica bez schodów, pozostałości po kościele, czy tak dużo wolnej od zabudowy przestrzeni Panią zastanawiały?
Jako dzieci przyjmowaliśmy zastaną rzeczywistość za coś normalnego. Oczywiście wiedzieliśmy, że była wojna i że nasi rodzice ją przeżyli, ale nie mieliśmy wyczucia czasu, nie mieliśmy możliwości zrozumieć, że była tak niedawno. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nasze dzieciństwo przypadło na zaledwie kilka lat po wojnie, którą nasi rodzice wciąż żyli. Mimo trudnych czasów, atmosfera w okolicy była bardzo sympatyczna. Mieszkańców w tej części osiedla było mało. Nie było jeszcze Manhattanu, więc druga strona placu Grunwaldzkiego zamieszkała była dopiero od okolic ulicy Grunwaldzkiej. Tutaj było nas niewielu. Wszyscy się znaliśmy, chodziliśmy razem do szkoły. Pamiętam, że miałam koleżankę, którą odprowadzałam po szkole przez ulicę Chałubińskiego, do Marcinkowskiego, potem ona odprowadzała mnie na Łukasiewicza i tak spacerowałyśmy przez, jak się później dowiedziałam, jedno z najniebezpieczniejszych przejść pieszych w mieście, przechodzące tutaj przez ulicę Curie-Skłodowskiej w kierunku Klinik. Dopiero później założono tutaj sygnalizację świetlną.
Jak z czasem zmieniało się osiedle?
Sam plac Grunwaldzki zmienił się bardzo. Wcześniej była to pusta przestrzeń, po której hulał wiatr. Pierwszą zmianą było powstanie budynków Politechniki, D1 i D2. Słabo pamiętam moment ich budowy, bo byłam wtedy bardzo mała. Kojarzę jednak stawianie drewnianych rusztowań i to, jak bawiliśmy się na kamiennych blokach, choć nie jestem pewna, czy były to fundamenty kościoła, na których postawiono jeden z budynków uczelni, czy może nowa podbudowa drugiego z budynków. Dobrze pamiętam natomiast, że w okolicy, od ulicy Curie-Skłodowskiej znajdowała się oficyna, w której Pani hodowała kozę. Tego budynku już nie ma, obecnie na jego miejscu stoi szkoła. Potem powstały Sedesowce, które nie wiem dlaczego, tak właśnie nazwaliśmy. Moi sąsiedzi z ulicy Łukasiewicza kupili sobie tam mieszkanie i niektórzy chodzili je oglądać. Było wtedy w okolicy dużo śmiechu z powodu ostrych kątów w tamtejszych lokalach. W ten sposób plac Grunwaldzki powoli zaczął się zabudowywać. Pamiętam, że w pewnym momencie powstał pawilon „Artur”, w którym sprzedawano meble. Najważniejszy w tym miejscu był jednak plac targowy, który za moich czasów przestał być już szaberplacem. Można było znaleźć na nim jarzyny, owoce i inne produkty spożywcze. Rolnicy spod Wrocławia przywozili je tutaj bezpośrednio ze swoich gospodarstw konnymi wozami. Pamiętam jedną ze sprzedawczyń — Panią Jasię, która najpierw przyjeżdżała na plac Grunwaldzki takim właśnie wozem, a później samochodem marki Star. Sprzedawała pyszne ziemniaki. Targowisko było punktem centralnym osiedla. Poza tym na placu były trawy i krzewy, w których można było znaleźć różne ciekawe rzeczy. Zdarzało nam się jako dzieciom po nich buszować. Przede wszystkim kolegom mojego brata, którzy, jak to chłopcy, weszli wszędzie, mając do obrony kijek, z którym niczego się nie obawiali. Porośnięta część placu była tak właściwie terenem niczyim, więc odbywały się na niej różne „biwaki”, po których zostawały duże ilości butelek. Moja najbliższa okolica natomiast przez lata wyglądała tak samo. Zarówno gmachy Politechniki, jak i Kliniki były tam od zawsze. Zmieniła się jedynie zieleń i okoliczne przedogródki. Kiedyś każdy z nich posiadał ogrodzenie i furtkę. To wszystko zniknęło, bo w pewnym momencie ktoś uznał, że wszystkie ulice trzeba ujednolicić. Jedynie przy ulicy Smoluchowskiego zostały ogrodzenia, ale tam je wyprostowano. Poza tym ten rejon, z wyjątkiem zrujnowanej kamienicy, o której wspominałam, był właściwie nietknięty i zachował się w przedwojennym kształcie. Mimo, że te kamienice znajdowały się w niewielkiej odległości od budowanego lotniska nie zostały zbombardowane. Inaczej jest bliżej okolic dawnego kościoła Lutra. Tam zniszczono wiele domów, choć nie jestem pewna, czy zostały one wyburzone specjalnie pod lotnisko, czy też w wyniku działań wojennych. Ten obszar, jak i sam plac Grunwaldzki, zmienił się niesamowicie. Kiedyś przejście na ulicę Piastowską było wyprawą przez pola. Proszę sobie wyobrazić plac Grunwaldzki bez Dwudziestolatki, bez Manhattanu, a wcześniej nawet bez Domu Naukowca! Wszędzie tam była trawa. Kiedy byłam mała powstawały już Teki. W latach 50. centrum osiedla było zupełną pustynią. Gdybym nie przebywała tu codziennie i znalazła się na placu po kilkunastu latach nieobecności, nie poznałabym tego miejsca. Nie ma już placu mojego dzieciństwa.
No właśnie, plac był pustynią i zabudowywał się dosłownie na Pani oczach. Czy pamięta Pani, żeby któraś ze zmian zachodzących na osiedlu wywołała w mieszkańcach szczególne poruszenie?
Na pewno moment, w którym zawalił się Wydział Melioracji Wyższej Szkoły Rolniczej. Topole, które rosły wtedy na Placu Grunwaldzkim oblepione były przez tłumy gapiów, którzy się temu przyglądali. To wydarzenie na pewno wywołało wielkie poruszenie. W późniejszym czasie zmianą, która wywołała oburzenie mieszkańców, była likwidacja targowiska. Ówczesne władze miasta uznały, że duże miasta nie powinny mieć takich ryneczków. To stwierdzenie było bulwersujące. Wiem, że wtedy mieszkańcy zbierali się wokół Rady Osiedla i podejmowali próby na rzecz zmiany tej decyzji. Targowisko było kultowym miejscem osiedla, wcześniej w jego miejscu funkcjonował powojenny szaberplac, więc było istotne dla historii Placu. W czasie kiedy powstawał Pasaż Grunwaldzki, prowadzono rozmowy z Radą Osiedla i lokalnymi aktywistami zaangażowanymi w sprawę targowiska, na temat urządzenia w galerii piętra rekreacyjnego, które miało przekonać mieszkańców do pomysłu centrum handlowego. Mieszkańcy liczyli m.in. na basen, którego brakuje w okolicy. Ostatecznie w pasażu powstała siłownia i restauracje, które nie zaspokajają potrzeb i nie spełniają funkcji rekreacyjnej, na którą liczyli mieszkańcy. Ja osobiście jestem zadowolona z tego, że istnieje tutaj galeria handlowa, ponieważ pełni ona rolę mojego osiedlowego sklepiku. Mogę zaopatrzyć się w niej we wszystko czego potrzebuję i jest mi z tym wygodnie. Niemniej, od kiedy nie ma targowiska to zarówno ja, jak i inni mieszkańcy osiedla, zupełnie inaczej jemy. Na targ, przywozili własne plony ludzie, którzy pod Wrocławiem prowadzili gospodarstwa. Wszystko było świeże, wiadomego pochodzenia, kupowane bezpośrednio od osób, które uprawiały te warzywa i owoce. Tak więc różnica jest zupełna.
Nadal brakuje Pani tego miejsca?
To chyba nie kwestia samego miejsca, które z czasem, pod koniec swojego funkcjonowania się zepsuło. Zaczęto tam handlować ubraniami, podróbkami, a nawet rzeczami, które były najpewniej kradzione. Zniknęły jabłka i zastąpiły je ciuchy. Poza tym miejsce nie było zadaszone, nikt tego nie pilnował i o to nie dbał. Mam doświadczenia z innych miast i wiem, że kiedy takie targowiska powstają w jakichś rejonach, to z czasem zapewnia się im zadaszenie i dba o ich funkcjonalność, ponieważ są dla ludzi. Tak więc to nie jest tęsknota do miejsca, ale do zaopatrzenia, do tego, że kiedy po pracy wpadłam na pomysł zrobienia konfitur, to szłam tam i kupowałam wszystko co trzeba prosto od rolników. W tej chwili czegoś takiego nie ma i to jest ogromna różnica.
Czy oprócz targowiska, pamięta Pani inne miejsca, które zniknęły z osiedla?
Kiedyś przy Curie-Skłodowskiej był sklep ze słodyczami, który dla nas dzieci był zupełnie niesamowitym lokalem z całą masą cukierków. Teraz w jego miejscu jest McFalafel i kiedy patrzę na ten sklep zastanawiam się, jak mogło nam się wydawać, że było tam tak dużo słodyczy skoro jest on taki malutki. Nie ma też sklepu mięsnego, który był przy Moście Zwierzynieckim, w miejscu, w którym teraz można kupić lody. W dawnym Domu Asystenta, w przyziemiu był sklep kolonialny. Po kształcie okien, które są większe od pozostałych można poznać, w którym dokładnie był miejscu. Nie ma kiosków Ruchu, które stały po naszej stronie Curie-Skłodowskiej i po przeciwnej, w których kupowało się prasę, często do teczek odkładaną i całą masę innych różności.
Przez jakiś czas chodziłam do szkoły muzycznej, do której musiałam dojeżdżać tramwajem i pamiętam, że w tamtym czasie w okolicy było dużo wysepek tramwajowych, na których czekało się na transport. Były one zrobione z małych granitowych, czy bazaltowych kosteczek, i znajdowały się tuż przy torach tramwajowych, a ograniczone były tylko metalową listwą. Te wysepki zostały zlikwidowane chyba w latach 70. Kiedy jeździłam do wspomnianej szkoły, zwiedzałam Wrocław. Później zbuntowałam się, ponieważ gra na instrumencie była ambicją mojej mamy, nie moją i przeszłam do zwykłej szkoły podstawowej. To była niezwykła placówka, ponieważ prowadziła eksperymentalne zajęcia — szkoła nr 71 przy Podwalu. Wtedy to tam zaczęłam jeździć tramwajem. Z tego czasu pamiętam, że na rogu ulic Wyszyńskiego i Szczytnickiej, gdzie obecnie mieszczą się żółte bloki, dawniej był placyk, na którym stały parterowe baraki, które widziałam codziennie przejeżdżając przez Szczytnicką. To był tabór cygański. W 1964 roku wprowadzono zakaz wędrownego trybu życia i miasto zmuszone było umieścić gdzieś te osoby. Rano, kiedy jeździłam do szkoły widziałam, jak kobiety wynoszą miski i zabierają się do pracy, panował tam wielki gwar. Później część z tych osób dostała mieszkania przy ulicy Szczytnickiej, ale nie wiem co stało się z pozostałymi. Sama ulica Szczytnicka była przez lata bardzo zniszczona. Co druga kamienica była zburzona. Ulicę odbudowano dość późno, bo dopiero w latach 90. zaczęła wypełniać się plombami.
Pamiętam również czasy, kiedy nie było Mostu Pokoju. Pierwszym tramwajem, który przez niego przejechał była jednowagonowa dwójka. Pamiętam również wmurowywanie kamienia węgielnego pod pomnik Chrobrego, który ostatecznie nie stanął. To miały być słupy Chrobrego. Byłam wtedy mała, ale zdziwiło mnie, że w porównaniu z różnymi innymi wydarzeniami, czy defiladami, to było skromne przedsięwzięcie. Nie było z tej okazji wielkiej fety.
A czy po wojnie rozmawiano o niemieckiej przeszłości miasta i historii samego osiedla?
O tym, że na placu Grunwaldzkim miało powstać lotnisko wiedziałam chyba od zawsze. Wiedzieli o tym chyba wszyscy, którzy przyjeżdżali do Wrocławia. Czy jakiś samolot stąd wystartował, nie wiadomo, bo na ten temat pojawiały się bardzo różne informacje. Koledzy z okolicy penetrowali kiedyś trochę dalsze tereny osiedla i w podwórku przy Pasteura znaleźli zdewastowany samolot. Jak on wyglądał i jak bardzo był zniszczony? Tego nie wiem. To były wczesne lata 50., kiedy ja nie mogłam oddalać się na dłużej poza nasz skwerek. Żyliśmy w części osiedla, w której jedynymi śladami tego, że ktoś inny tutaj żył było to, co udawało nam się znaleźć w okolicznych trawnikach. Czasami rozkopywaliśmy je i znajdowaliśmy różne ciekawe rzeczy. Mój brat twierdzi, że odkopał kiedyś słoik pełen pierścionków, ale nie wiem, jak one wyglądały, bo zanim zdążył je ze sobą wziąć, podszedł do niego starszy chłopak i widząc, że brat trzyma coś wartościowego, uderzył go i zabrał znalezisko. Pamiętam, kiedy mój brat przyszedł do domu cały zakrwawiony. Wydaje mi się, że rzeczy, które były tu zakopane były takimi, które dawni mieszkańcy chcieli zachować myśląc, że jeszcze tutaj wrócą. Byłam małym dzieckiem, ale już wtedy, jedno znalezisko było dla mnie wzruszające i poczułam ten ślad obecności innych ludzi, którzy mieszkali tu dawniej. To był słoik, litrowy wek, wypełniony szklanymi koralikami i wyciętymi z kartek w kratkę dziecięcymi rysunkami, przedstawiającymi różne postacie. Pamiętam, że wzruszyło mnie to, że ktoś chciał coś takiego uchronić. Być może w tych rzeczach ukryta była niesamowita wartość sentymentalna, a może dzieci, widząc jak rodzice zakopują swoje skarby, także chciały zostawić własne. Tuż po wojnie, kiedy ludność zarówno niemiecka, jak i polska, na nowo mogła wprowadzić się do tej okolicy, często nachodzili ją Rosjanie. Przychodzili głównie po to, żeby wykorzystywać dziewczynki. Być może w tym czasie mieszkańcy zaczęli ukrywać wartościowe dla nich rzeczy w trawnikach i ogródkach. W tamtym czasie, w każdym z mieszkań żyło kilka rodzin. Prowadząc wywiady z Panem Koprowskim, pionierem naszej ulicy Łukasiewicza, dowiedziałam się, że tuż po wojnie zamieszkiwał jeden z pokoi w okolicznym mieszkaniu i opowiadał mi, że pozostali mieszkańcy byli bardzo wdzięczni, że jest z nimi, ponieważ na widok jego munduru wojskowego, jedynego ubrania, które miał po uwolnieniu z Oflagu, Rosjanie się cofnęli i przestali tak często nachodzić tę okolicę. Podejrzewam, że te bardziej wartościowe rzeczy, które mieszkańcy ukryli w trawnikach, zdążyli potem wykopać i zabrać ze sobą. Zostały jedynie drobiazgi. Pamiętam, że mój brat w okolicy znalazł też hełm i rewolwer, który był już porządnie zniszczony przez rdzę. Tak więc ludzie zakopywali też rzeczy, które mogły wskazywać na ich udział w wojnie i próbowali je ukryć, chcąc uniknąć dostania się do niewoli. Mam tutaj w mieszkaniu do dzisiaj taki dzbanuszek, który został wykopany w okolicy. To też drobiazg, który najwyraźniej miał nie wpaść w niepowołane ręce. Człowiek w każdym miejscu otacza się przedmiotami. Materialność wchodzi do naszego życia i wiąże się z duszą, tworząc różne sentymenty, powiązania z przeszłością, powodując że człowiek się do nich przywiązuje. Jak wspomniałam, wydaje mi się, że te najbardziej sentymentalne i ważne przedmioty, byli mieszkańcy wzięli ze sobą.
Wspomniała Pani o rozmowach, które prowadziła na temat okolicy z jednym z tutejszych pionierów — Panem Koprowskim. Kiedy zaczęła się Pani interesować historią osiedla?
Kiedy byłam nieco starsza, zastanawiały mnie tu na osiedlu ślady na ścianach budynków. Od koleżanki — sąsiadki dowiedziałam się, że okolice skwerku były tuż po wojnie bardzo niebezpieczne. Jej rodzice zamieszkali tu w 1945 roku i mieli znajomych przy ulicy Smoluchowskiego, tuż przy Wybrzeżu Wyspiańskiego, których często odwiedzali. Żeby przejść do nich na kawę, musieli bardzo uważać i iść daleko od skwerku, bo tutaj byli maruderzy, dezerterzy, Rosjanie z bronią. Tuż po wojnie na porządku dziennym były tutaj różne potyczki, nawet śmiertelne, więc było tu naprawdę niebezpiecznie. Dopiero później, rozmawiając właśnie z Panem Koprowskim, dowiedziałam się, że cała ta „banda” miała swoją siedzibę przy ulicy Norwida, w częściowo zrujnowanym budynku naprzeciwko WSR. Podejmowano kilkakrotne próby wyrzucenia ich stamtąd i rozliczenia ich. Nie było to jednak łatwe, bo owi maruderzy, dezerterzy i szabrownicy mieli broń. W latach 40. ta okolica nie była bezpiecznym miejscem.
W związku z budową lotniska fragment zabudowy od mostu Grunwaldzkiego do Szczytnickiego w marcu 1945 r. stał się strefą zmilitaryzowaną i większość cywili musiała stąd się wyprowadzić. Stacjonowało tu jedynie wojsko. Istnieje nagranie, na którym widać, że u wylotu bocznych ulic odbiegających od Wybrzeża Wyspiańskiego, stały krzyżaki z drutami kolczastymi [widoczne na nagraniu w sieci: https://www.youtube.com/watch?v=P3p_Mm7zGcE]. Cały ruch ludności cywilnej, który z południa Wrocławia przemieszczał się w kierunku Sępolna, szedł wybrzeżem. Z tego powodu, tamtejsze trawniki pełne były grobów. Słabi i chorzy idący brzegiem umierali często w drodze i byli tu chowani. Na samym skwerku był jeden wielki cmentarz. Do dzisiejszego dnia pozostały po nim dołki, ale nadal nie wiadomo, kto dokładnie był tu pochowany. Poszukiwałam informacji i dokumentów na ten temat. Wiem jedynie, że byli to internowani Włosi, którzy brali udział w strąceniu Mussoliniego. Po powrocie Duce do władzy zostali przetransportowani do różnych części Europy, m.in. na Dolny Śląsk. Najpierw przebywali w Oleśnicy, gdzie budowali fortyfikacje przed nadciągającym frontem, a potem zostali przeniesieni do Wrocławia, aby budować lotnisko. Stacjonowali wówczas w Instytucie Elektromechaniki, który mieścił się przy ulicy Curie-Skłodowskiej. Kiedy instytut zbombardowano, zmarłych Włochów pochowano na skwerku. Pan Koprowski i profesor Samsonowicz potwierdzili, że całe to miejsce zasłane było grobami z włoskimi nazwiskami, które potem po prostu zniknęły, ponieważ Rosjanie, a także Polacy nie rozróżniali włoskich internowanych od wojskowych Mussoliniego. Włosi byli dla nich wrogami, więc usunięto po nich ślady. W tej okolicy również Kliniki i Park Szczytnicki były miejscami pochówku. Likwidacją tych mogił, która odbyła się najpewniej w 1946 roku, zajmował się Zarząd Zieleni Miejskiej. Nie pozostawiono po nich żadnego śladu, nie ma również żadnego spisu pochowanych osób. Spieszono się, aby okolica wyglądała ładnie na Kongres Pokoju, a później na Wystawę Ziem Odzyskanych. Nie są to łatwe historie. Próbowałam dowiedzieć się więcej na temat osób, które mogły być tu pochowane, przeglądałam nawet spisy i notatki niemieckich pastorów i księży, ale w nich również nie ma na ten temat żadnych wzmianek. Nasza okolica tuż po wojnie nie należała do bezpiecznych, ale w czasie mojego dzieciństwa było już zupełnie inaczej. Byliśmy oddzieleni placem Grunwaldzkim od pozostałej części osiedla, więc nasza społeczność była stosunkowo małą grupką i znaliśmy się z podwórka i ze szkoły. Kiedy, z uwagi na wprowadzoną rejonizację, przestałam chodzić do szkoły eksperymentalnej przy Podwalu, poszłam do szkoły nr 12 i ponownie spotkałam się ze znajomymi z podwórka. Odnowiły się nasze znajomości, które potem się zatraciły, ponieważ poszliśmy do różnych szkół średnich i nasze drogi się rozeszły, a teraz znów spotykamy się po latach, chodząc razem np. ćwiczenia pamięci prowadzone po sąsiedzku w Centrum Aktywności Lokalnej.
W jaki sposób funkcjonowała dawniej lokalna społeczność, o której Pani wspomina?
Było tu cudownie. Dzieci odwiedzały się w domach, bramy kamienic były cały czas otwarte. Większość mieszkańców tej okolicy było z pokolenia moich rodziców, więc były to głównie młode osoby. Nawzajem sobie pomagali i byli wobec siebie życzliwi. Pamiętam, jak pewnego razu moja mama zgadała się z innymi okolicznymi mamami i zorganizowała zabawę dla dzieci, które nie chodziły do przedszkoli, więc brakowało im takich atrakcji. Do tej pory mam gdzieś zachowane zdjęcia z tego wydarzenia, które odbyło się na skwerku. Wszyscy byliśmy poprzebierani w różne zwierzątka, czy kwiaty, a stroje zrobione mieliśmy z marszczonej bibułki. Wszyscy się tutaj znaliśmy i mieliśmy ze sobą stały kontakt. Pamiętam, że kiedy wychodziłam gdzieś z moją mamą, spotkanie z sąsiadami nie kończyło się tylko na powiedzeniu „dzień dobry”, ale od razu każdy pytał „co u ciebie słychać?” i zaczynała się rozmowa. Pamiętam też taką sytuację, kiedy mieli przyjechać do nas goście, którzy zażyczyli sobie pieczoną gęś. Moja mama miała 13 lat, kiedy w czasie wojny uciekła z domu i nie miała pojęcia, jak coś takiego przygotować, więc nasza sąsiadka upiekła jej tę gęś. To nie była nawet kwestia pożyczenia, ale zrobienia czegoś dla drugiej osoby. Takie relacje utrzymały się jeszcze do czasów, kiedy moja córka chodziła do szkoły. Ta sąsiedzka atmosfera i więzi były tu na tyle silne, że przejęli je potomkowie pionierów okolicy. Kiedy moja córka wracała ze szkoły i rzucała plecak na pobliską ławkę, jedna z sąsiadek, widząc to, zawsze wołała ją do siebie, dała jej się czegoś napić, a tornister kazała przynieść do siebie, żeby nic się z nim nie stało. Ludzie byli otwarci i interesowali się sobą nawzajem. Teraz to zniknęło, chociaż koleżanki, które znam z piaskownicy, opowiadały mi niedawno, że przy Smoluchowskiego, jedno z mieszkań wykupili młodzi ludzie i zachowali całą oryginalną stolarkę. Tym, że zadbali o dawną strukturę domu zyskali duży szacunek w oczach mieszkańców i zdobyli status „swoich” .
Mówiła Pani, że na jakiś czas wyjechała z Wrocławia, dlaczego zdecydowała się Pani wrócić na Plac Grunwaldzki?
Na początku wróciłam tutaj, ponieważ moja mama zaczęła chorować i ktoś musiał się nią zająć. Potem mój mąż zdecydował, że nie będzie sam w Łodzi i przyjechał do mnie, więc tak się to potoczyło. Biorąc pod uwagę nie tylko fakt, że się tutaj wychowałam, ale i samą lokalizację, to jest to naprawdę świetny punkt. Bliskość Parku Szczytnickiego, bulwarów nadodrzańskich, a także łatwość komunikacji z całym miastem i co dla mnie najważniejsze — zieleń przed oknem, nie wyobrażam sobie mieszkać gdziekolwiek indziej. Nie znam innych osiedli, które byłyby tak dobrze skomunikowane z miastem, a jednocześnie były pełne zieleni i zapewniały bliskość parku i rzeki. Przez jakiś czas mieszkałam u koleżanki, w Wiedniu, która w odległości wąskiej ulicy miała naprzeciwko drugi budynek i kiedy wychodziłam na balkon, mogłam pomachać do jakiegoś Austriaka, a nawet podrzucić mu jabłko. Nie wyobrażam sobie tak żyć. Dawniej tu na skwerku było o wiele więcej zieleni. Miałam z niej w oknie zieloną firankę i nie potrzebowałam w lecie żadnych zasłon. Roślinność w tym miejscu najbardziej przemawia za tym, że tutaj zostałam. Kiedy zajmowałam się fotografią i dość dużo czasu spędzałam w ciemni, czyli w łazience, śpiew ptaków informował mnie, że muszę się już zbierać, bo zaraz będzie jasno. Te dźwięki i zieleń są dla mnie wyjątkowe i nie potrafię sobie wyobrazić innego miejsca, w którym miałabym podobne doświadczenia. Nie chodzi już nawet o to, że tutaj się urodziłam i wychowałam, ale o to co oferuje to miejsce. Mam tutaj zakątek ze skwerem, który jest dla mnie najpiękniejszą rzeczą. Nie wyobrażam sobie mieszkać w blokach, z których nie widać drzew na horyzoncie. Może moja miłość do drzew zaważyła na tym, że tu zostałam.
A jakie są Pani ulubione miejsca na Placu Grunwaldzkim?
Nie mam takich. Z latami gromadzi się pewne wspomnienia, które kojarzy się z konkretnymi okolicami. To, które z nich odwiedzam, zależy często od tego z kim przechadzam się po osiedlu. Jeśli odwiedza mnie ktoś spoza Wrocławia to chętnie oprowadzam go po Placu i opowiadam różne ciekawostki, zwracając uwagę przede wszystkim na architekturę. Każdemu pokazuję kamienicę projektu Jarząbka przy Wybrzeżu Wyspiańskiego, co nie znaczy, że jest moim ulubionym miejscem. Nie ma tutaj już żadnego z punktów, które funkcjonowałoby przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Bardzo długo był tutaj zakład fryzjerski prowadzony przez Pana Władysława z Lwowa, który niestety zmarł. Pan Władysław miał czarne włosy i wąs, zawsze nosił biały kitel i stał przed salonem z rękoma skrzyżowanymi za plecami w przedwojennym stylu czekając na klientów. Salon jako taki nadal trwa, jednak już w innej formie. Mieści się przy Curie-Skłodowskiej, blisko przejścia podziemnego, w przyziemiu kamienicy. Zniknął też fotograf, nie istnieje krawiec. Powstały zupełnie nowe miejsca. Nie ma wysepek tramwajowych, czy sklepów o których wspominałam wcześniej. Zniknęły więc punkty, które były bezpośrednio związane z naszym funkcjonowaniem tutaj na osiedlu. Tak wiele się zmieniło, że trudno powiedzieć, żeby któreś z miejsc było ulubionym. Lubię na pewno spacerować Wybrzeżem Wyspiańskiego. Jest to miejsce przez które zawsze staram się przechodzić, kiedy gdzieś się wybieram.
Co jest dla Pani ikoną tego osiedla?
Dla mnie to będą na pewno Most Grunwaldzki i Sedesowce, które są oryginalne nie tylko z zewnątrz, ale i w środku. Kiedyś również Dwudziestolatka z umieszczonym na niej napisem „Młodość urodą i nadzieją miasta” była takim ikonicznym miejscem. Potem jednak obrosła wokół nowymi budynkami i zmieniła się wraz z resztą osiedla.
Rozmowa zrealizowana dzięki dofinansowaniu ze środków Fundacji EVZ w ramach programu “local.history” i projektu „Plac Grunwaldzki – nieopowiedziana historia”. #SupportedByEVZ
Йоанна Сухожевска
Александра Подлейска (AП): Коли і як Ви пов’язали своє життя з мікрорайоном Площа Грунвальдська [Plac Grunwaldzki]?
Йоанна Сухожевска (ЙС): Я тут народилася, у квартирі на вул. Łukasiewicza, де живу й досі. Зв’язок з мікрорайоном на мене не вплинув, я просто родилася і виховувалася в ньому. Перші роки свого життя я не знала інших районів Вроцлава. Мої батьки приїхали здалеку, тож у мене навіть не було родичів у місті, яких можна було б відвідати. Спочатку моє знайомство з Вроцлавом за межами Площі Грунвальдської [Plac Grunwaldzki] обмежувалося відвідинами лікарів, коліжанок і хіба що, катанням на ковзанах чи поїздками до Одри. Поза тим, моє життя проходило на Грунвальдській площі. Згодом я почала пізнавати Вроцлав, їздячи трамваєм до школи на вул. Łowiecka. Далі я поступила до університету і на деякий час поїхала з міста, але повернулася і тепер зустрічаю тутешніх мешканців, яких знала ще з пісочниці. Після школи наші шляхи розійшлися, а тепер, після багатьох років, вони знову зійшлися.
AП: Ви сказали, що ваші батьки приїхали сюди здалеку. Вам відомо, чому вони оселилися саме тут?
ЙС: Мій батько приїхав до Вроцлава на навчання, коли в університеті відкрили юридичний факультет. Спочатку він планував навчатися в Кракові, але там було дуже важко знайти житло. Тато приїхав на навчання з Любліна, а сам він був зі Станіславова, тобто з зовсім іншої частини країни, і мешкати у Вроцлаві не планував. Просто тут відкрився факультет і була можливість для проживання. Моя мама, натомість, приїхала сюди після Варшавського повстання і перебування в таборі НКВС. Вона також хотіла тут навчатися. На жаль, вона закінчила так звану купецьку гімназію (gimnazjum kupieckie), тож їй треба було доучуватися, а її минуле не надто допомагало в цьому. Знаю, що тут переховувалося багато людей з Армії Крайової, яким вдалося замести сліди своєї історії, але не всі були такими, як моя мама, яка пройшла концтабір НКВС (NKWD) і УБ (obóz Urzędu Bezpieczeństwa). Дещо пізніше вона зустріла тут мого батька, і вони створили сім’ю. Коли мешкали на вул. Łukasiewicza, в околицях було багато сімей з дітьми, які не ходили до дитячих садків, бо мами в той час зазвичай не працювали. Ми гралися разом, досліджували місцевий сквер, двори та околиці.
AП: Який ваш перший спогад, пов’язаний з цією місцевістю?
ЙС: Важко сказати, напевно, перший такий спогад стосується часу, коли мені було близько двох років і я захворіла. У мене було запалення вух, щоб зайняти себе чимось, я зазвичай дивилася у вікно і спостерігала за тим, що відбувається на вулиці. Моя мама в той час намагалася вступити до художнього коледжу і багато малювала. Вона зобразила саме той момент, коли я стояла на табуретці і виглядала у вікно. Мої перші спогади пов’язані з тим, що я тоді побачила, а саме з площею і абсолютно порожнім сквером, де сьогодні стоїть будівля машинобудівного факультету Політехніки. На самому розі вулички була галявина, через яку пролягала доріжка, а біля неї росла молода берізка. Ця картина досі стоїть у мене перед очима. Коли стала дещо старшою, я гралася з братами і сестрами та дітьми на задньому дворі. Всі батьки, які жили тут, випускали нас на вулицю, лише час від часу гукали і давали нам хліб і масло в кошиках, спущених на мотузці з вікон. Я й досі пам’ятаю його смак і запах. На кожному з входів у двір були крани з водою, які були загальнодоступні, зроблені для миття помосту, якого вже немає. У дитинстві ми мили з них руки і пили воду. Ці найперші спогади про мікрорайон пов’язані саме з іграми на подвір’ї.
AП: Як тоді проводилось час у цій місцевості?
ЙС: У мене був старший брат, про якого, як би комічно це не звучало, я повинна була піклуватися. Мама завжди мені про це говорила. Він обирав компанію хлопців, і я із задоволенням приєднувалася до них. Мені більше подобалося бешкетувати, ніж грати в ляльки з дівчатами. Незважаючи на те, що я мала ляльок, вважала за краще проводити цей час у дворі по-іншому, а з хлопчаками у нас завжди виникали якісь цікаві ідеї. Наприклад, ми ходили ловити раків прямо біля шлюзу, де зараз стоять баржі. Гралися теж в походи, де треба було дослідити всі куточки Політехніки чи Клінік. У нас завжди був хтось у групі, хто стежив за часом, щоб батьки не надто хвилювалися за нас, але мами були зайняті прибиранням і приготуванням їжі. Вони також знали, що якщо ми не на площі і не у дворі, то обов’язково десь поруч. Пам’ятаю, що проїжджа частина вул. Smoluchowskiegoбула з натурального асфальту. Це була сіра, гладенька поверхня, чудова для катання на роликах, тому часто ходили туди кататися. Це вже було поза полем зору моєї мами, але вона знала, що ми там бавимося. Поруч росла акація, плоди якої ми їли в червні. Вони були дуже смачні. На той час у сквері не було дитячого майданчика. Було дві окремі галявини, а посередині – кількагранна пісочниця. По кутах котрої стояло по одному каштану. Всі дерева були взаємопов’язані між собою так, щоб вони росли по колу. На сьогодні збереглося лише два. Раніше у сквері також була карусель, але її зруйнували ще до того, як тут жили мої батьки. Я чула про неї лише від старших дітей. Сквер раніше був місцем, де було набагато більше дерев, ніж зараз. Там був старий в’яз, дуб, красивий явір, який завалився лише в 1990-х. Нас також прикривали дерева від вул. Curie-Skłodowskiej Крім того, живопліт був набагато вищим, тож це було місце, оточене стіною зелені, замкнене, і його нелегко було побачити з вулиці.
З дитинства пам’ятаю ситуацію, коли брат потягнув мене і нашого сусіда Збишка на територію Політехніки, де в одному з дворів стояли величезні цегляні сміттєві баки з кришкою зверху. Ці баки були призначені лише для паперу, тож інших відходів у них не було. Оскільки мій брат був старшим з нас, він віддавав накази і доручив мені і Збишеку залізти в ті смітники і шукати конверти з марками. Так він розумів колекціонування марок. Цю сцену, коли мій брат наказував нам сидячим в сміттєвому баку, з якого долинали якісь відповіді, побачив співробітник Політехніки. Він підійшов до нас і сказав моєму братові, що дасть йому печатки і не змушуватиме нас досліджувати контейнери. Він запросив нас пройти за ним до будівлі Політехніки. Це був перший раз, коли я опинилася всередині будівлі, і її приміщення здалися мені величезними. Пізніше, коли вже там працювала, вони вже не були для мене такими великими. Ми йшли коридорами, викликаючи неабиякий ажіотаж. Тріо маленьких, трохи брудних, трохи замурзаних дітей – доволі незвичне видовище в університеті. Вищезгаданий пан, який нас вів, домовився з моїм братом, що якщо йому будуть потрібні штампи, то він має прийти до нього. Його обурило, що він відправив малих дітей шукати поштові марки на смітнику. Це один із спогадів, який я добре пам’ятаю. Окрім цього, у мене перед очима стоять інші образи з мого дитинства. Пам’ятаю, наприклад, знесений корпус хімічного факультету, а ближче до Грунвальдської площі – подвір’я колишньої лютеранської церкви, яка на той час вже не існувала, вимощене дрібними гранітними блоками. Згадую, що мене дуже дивувало, чому брукована дорога там не вела до площі, а бігла в інший бік. Я вже й не пригадую існування вул. Targowa, яка колись називалася вул. Lutra, але мій батько все одно пам’ятав цю вулицю. Коли я поцікавилася, чому дорога так дивно пролягає, батько пояснив мені, що вздовж неї колись стояли будинки. Він приїхав сюди в 1945 році і жив на Біскупіні, тому часто бував у цьому районі і пам’ятав руїни кам’яниць, які колись стояли там.
В той час, коли я вже ходила до школи, а Будинок вченого вже був побудований на Грунвальдській осі, ми ходили туди з групою дітей, тому що двері тоді не замикалися на ключ. Ми заходили всередину і на ліфті піднімалися нагору, щоб роздивлятись околиці з даху.
AП: Якою вона була тоді?
ЙС: Споглядання чогось з висоти пташиного польоту, в той час, коли людина є низького зросту і досить приземленою, справило величезне враження. Ми, по суті, дивилися на порожнечу згори. У 1960-х роках площа Грунвальдська була порожньою і виглядала майже як поле. Водночас ця відсутність будівель дозволяла бачити в далечінь. Було багато вільного простору. Вже будучи дорослою, я деякий час жила в Берліні, де архітектура схожа на вроцлавську, я побачила ущелини на вулицях. Мене лякала їхня щільна забудова і щільність будинків без зелених насаджень. У великих містах зазвичай будівлі стоять одна біля одної, щільно заповнюючи площу, тоді як тут, на Грунвальдській площі, ми мали простір. Крім того, у нас була зелень і Одра поруч з будинком. Не можу сказати, що це було схоже на сільську місцевість, але було спокійно, зрештою, машин тоді теж було небагато.
AП: Раніше Ви згадували про залишки Лютеранського костелу та зруйновану хімічну кафедру. Чи були ще повоєнні руїни на території мікрорайону коли Ви були дитиною?
ЙС: Моя подруга-сусідка нещодавно нагадала мені, що в дитинстві ми гралися на кам’яних брилах, які були залишками колишнього лютеранського костелу. Тут, у нашому безпосередньому сусідстві, я пам’ятаю лише один зруйнований будинок, поруч із санстанцією. Мабуть, у нього влучила бомба. В кам’яниці не було сходів, на поверхи піднімалися по драбині, поставленій на сходові опори. Моя мама відвідувала там знайому, яка жила на першому чи другому поверсі. У 1950-х роках люди жили там, де було вільне житло. Відсутність сходів тоді не була проблемою. Коли цей будинок знесли, на його місці побудували багатоповерхівку.
AП: Чи спантеличували вас такі місця, як кам’яниця без сходів, залишки костелу чи велика кількість пустуючих місць без забудови?
ЙС: У дитинстві ми сприймали ту реальність, в якій опинилися, як нормальну. Звичайно, знали, що була війна і що наші батьки пережили її, але у нас не було відчуття часу, ми не усвідомлювали, що це було так недавно. Лише тепер я усвідомлюю, що наше дитинство припало на кілька років після війни, яку батьки все ще переживали. Незважаючи на важкі часи, атмосфера в районі була доброзичливою. У цій частині кварталу було небагато мешканців. Мангеттену ще не було, тож інша сторона площі Грунвальдської була заселена лише з боку вулиці Grunwaldzka. Тут нас було небагато. Ми всі знали один одного, разом ходили до школи. Пам’ятаю, що у мене була подруга, яку я після уроків проводжала до дому через вул. Chałubińskiego, до Marcinkowskiego, потім вона проводила мене на вул. Łukasiewicza і так ми прогулювались, як я пізніше дізналася, одним з найнебезпечніших пішохідних переходів у місті, переходячи вул. Curie-Skłodowskiej в сторону Klinik. Лише пізніше тут встановили світлофор.
AП: Як змінювався мікрорайон з плином часу?
ЙС: Сама Грунвальдська площа дуже змінилася. Раніше це був порожній простір, де гуляв вітер. Першою зміною стало будівництво політехнічних корпусів, D1 і D2. Я не зовсім добре пам’ятаю момент, коли вони були збудовані, бо була тоді дуже маленькою. У мене, однак, асоціюється зі зведенням дерев’яних риштувань і тим, як ми гралися на кам’яних брилах, хоча я не впевнена, чи це були фундаменти костелу, на якому був зведений один з корпусів університету, чи, можливо, нова підструктура іншої будівлі. Проте добре пам’ятаю, що по сусідству, на вул. Curie-Skłodowskiej була офіцина, в якій пані тримала козу. Тієї споруди вже немає, на її місці зараз стоїть школа. Потім побудували „Седесовце” [Sedesowce], незрозуміло чому, ми їх так назвали. Мої сусіди по вул. Łukasiewicza купили там квартиру і дехто приходив подивитися на неї. У той час в районі було багато сміху через гострі кути в тамтешніх помешканнях. Таким чином, площа Грунвальдська площа поступово почала розбудовуватися. Пам’ятаю, що колись тут повства павільйон „Artur”, де продавали меблі. Однак найважливішою частиною цього місця була базарна площа, яка в мій час вже не була шаберплатцем. Там можна було знайти овочі, фрукти та інші продукти харчування. Селяни з околиць Вроцлава привозили їх сюди прямо зі своїх господарств на возах, запряжених кіньми. Пам’ятаю одну з продавчинь, пані Ясю, яка спочатку приїхала на Грунвальдську площу саме на такому возі, а згодом на автомобілі „Star”. Продавала смачну картоплю. Ринок був центральним місцем у мікрорайоні. Крім того, на площі були трави та кущі, в яких можна було знайти всілякі цікавинки. Ми, як діти, часто продиралися крізь них. Насамперед, друзі мого брата, які, як і належить хлопчакам, ходили всюди, маючи при собі палицю, з якою вони нічого не боялися. Заросла частина скверу була фактично нічийною територією, тому там відбувалися різні „кемпінги”, після яких залишалася велика кількість пляшок. Моя найближча околиця роками виглядала незмінною. І будівлі Політехніки, і Клініки були там завжди. Змінилися лише зелень і навколишні палісадники. Колись вони були обнесені парканом і хвірткою. Це все зникло, бо в якийсь момент хтось вирішив, що всі вулиці потрібно об’єднати. Тільки на вул. Smoluchowskiego залишилися паркани, але там їх вирівняли. Крім того, ця територія, за винятком згаданої мною зруйнованої кам’яниці, була практично недоторканою і збереглася у своєму довоєнному вигляді. Хоча ці будинки знаходилися в безпосередній близькості до споруджуваного летовища, вони не зазнали бомбардувань. Інша ситуація склалася ближче до району колишнього костелу Лютера. Там багато будинків було зруйновано, хоча я не впевнена, чи були вони знесені спеціально для потреб будівництва, чи в результаті воєнних дій. Місцевість, як і сама Грунвальдська площа, неймовірно змінилася. Раніше, щоб дійти до вул. Piastowska треба було йти через поля. Уявіть собі площу Грунвальдську без „Dwudziestolatki”, без Мангеттена [Manhattan], а до того навіть без Будинку вченого! Скрізь була трава. Коли була ще маленькою, „Teki” вже повстали. У 1950-х роках центр мікрорайону був цілковитою пустелею. Якби я не бувала тут щодня і опинилася тут за кілька років, то не впізнала б це місце.
AП: Саме так, площа була пустирем і забудовувалась буквально на очах. Чи можете Ви згадати якусь зміну в мікрорайоні, яка викликала особливий ажіотаж серед мешканців?
ЙС: Напевно, той момент, коли обвалився факультет „Меліорації” в Аграрному університеті. Тополі, що росли в той час на Грунвальдській площі, були заповнені натовпами роззяв, які спостерігали за цим. Ця подія, безумовно, викликала великий ажіотаж. Пізніше, зміною, яка викликала обурення серед мешканців, стала ліквідація базару. Тодішня міська влада вважала, що у великих містах не повинно бути таких ринків. Це твердження було жахливим. Знаю, що в той час мешканці гуртувалися навколо ради мікрорайону і робили спроби змінити те рішення. Торгова площа була знаковою частиною району, оскільки раніше на ній знаходився післявоєнний шаберплац, тому мала важливе значення для історії Площі. Під час будівництва „Pasaż Grunwaldzki”, знову проводились розмови з радою мікрорайону й локальними активістами, котрі долучились до справи торгової площі, велися перемовини про облаштування зони відпочинку на одному з поверхів в торговому центрі, щоб переконати мешканців у доцільності будівництва цього ТЦ. З-поміж іншого, мешканці сподівалися на басейн, якого бракує в цій околиці. Зрештою, в торговому центрі побудували тренажерний зал і ресторани, які не відповідають потребам і рекреаційній функції, на яку сподівалися місцеві жителі. Особисто я рада, що тут є ТЦ, тому що він виконує роль мого районного магазину. Я можу купити там все необхідне, і мені це зручно. Однак, оскільки базару немає, я та інші члени громади харчуємося зовсім по-іншому. На ринок привозили власну продукцію від людей, які мали ферми поблизу Вроцлава. Все було свіже, відомого походження, куплене безпосередньо у тих осіб, які вирощували овочі та фрукти. Тож різниця повна.
AП: Вам досі не вистачає цього місця?
ЙС: Справа, мабуть, не в самому місці, яке з часом, під кінець свого функціонування, занепало. Там почали торгувати одягом, підробками і навіть речами, які, ймовірно, були краденими. Крім того, це місце не було перекрите дахом, ніхто його не охороняв і не доглядав за ним. Я маю досвід з інших міст і знаю, що коли такі базари будуються в якихось районах, то з часом їх накривають і підтримують в належному стані, тому що вони для людей. Тож це не туга за місциною, а за продуктами, які там були, за тим, що коли у мене з’являлася ідея зробити варення після роботи, я їхала туди і купувала все, що мені потрібно, прямо у фермерів. Зараз такого немає, і це величезна різниця.
AП: Окрім базару, чи пам’ятаєте Ви ще якісь місця, що зникли з мікрорайону?
ЙС: На вул. Curie-Skłodowskiej колись була кондитерська, яка для нас, дітей, була абсолютно дивовижним місцем з великою кількістю солодощів. Зараз на її місці „McFalafel”, і коли я дивлюся на цю крамничку, я дивуюся, як нам могло спасти на думку, що там так багато солодощів, коли вона настільки невеличка. Також вже немає м’ясної крамниці, що була біля Звіжинєцкого мосту [Most Zwierzyniecki], на місці, де зараз можна купити морозиво. У колишньому „Будинку асистентів” на першому поверсі була крамниця, де продавали продукти, привезені з-за меж Європи. За формою вікон, які більші за інші, можна впізнати, де саме він був. Зникли кіоски „Ruch”, які стояли на нашому боці вул. Curie-Skłodowskiej і на протилежному, де можна було купити газети, часто розкладені по теках і цілу низку інших дрібничок.
Певний час я ходила до музичної школи, куди доводилося їздити на трамваї, пам’ятаю, що в той час в околиці було дуже багато трамвайних острівців, де можна було чекати на транспорт. Вони були зроблені з невеликих гранітних або базальтових кубиків, стояли прямо біля трамвайних колій і були відмежовані лише металевою смужкою. Ці острівці ліквідували в 1970-х роках, здається. Коли відвідувала вищезгадану школу, то ходила на прогулянки Вроцлавом. Пізніше я збунтувалася, бо гра на інструменті була амбіцією моєї мами, а не моєю, і пішла до звичайної початкової школи. Це був незвичайний заклад, бо там були експериментальні заняття – школа № 71 біля вул. Podwale. Тоді й стала їздити туди трамваєм. З того часу я пам’ятаю, що на розі вул. Wyszyńskiego i Szczytnicka,де зараз стоять жовті багатоповерхівки, був сквер, де стояли одноповерхові казарми, які я бачила щодня, проїжджаючи через вул. Szczytnicka. То був циганський табір. У 1964 році кочовий спосіб життя був заборонений, і місто мусило кудись подіти цих людей. Вранці, коли йшла до школи, я бачила, як жінки виносили миски і бралися до роботи, була велика метушня. Пізніше деяким з цих осіб дали квартири на вул. Szczytnicka, але не знаю, що сталося з іншими. Сама вул. Szczytnickaз роками дуже занепала. Кожна друга кам’яниця була знесена. Вулицю відбудували досить пізно, лише в 1990-х роках її почали забудовувати добудовами.
Я також пам’ятаю час, коли ще не було мосту Миру [Mostu Pokoju]. Перший трамвай, який його перетнув, був одновагонним здвоєним. Пригадую також закладення першого каменю під пам’ятник Хороброму (pomnik Chrobrego), який зрештою так і не постав. Це мали бути стовпи Хороброго (słupy Chrobrego). Тоді я була маленькою, але мене здивувало, що порівняно з різними іншими подіями чи парадами, це було скромне дійство. З цієї нагоди не було великого свята.
AП: А чи обговорювалося після війни німецьке минуле міста та історію самого мікрорайону?
ЙС: Про те, що на Грунвальдській площі мало бути побудоване летовище, я, мабуть, знала завжди. Напевно, кожен, хто приїжджав до Вроцлава, чув про це. Чи дійсно звідси злітав якийсь літак – невідомо, тому що інформація на цю тему була дуже різною. Знайомі з околиці якось зайшли трохи далі вглиб території мікрорайону і знайшли на подвір’ї на вул. Pasteura розвалений літак. Як він виглядав і наскільки був знищений? Цього не знаю. Були ранні 1950-ті роки, коли я не могла відходити далеко за межі нашого скверу. Ми жили в тій частині масиву, де єдиними ознаками того, що тут хтось жив, було те, що можна було знайти на навколишніх газонах. Іноді ми розкопували їх і знаходили різні цікаві речі. Мій брат стверджує, що одного разу відкопав банку, повну перснів, але достеменно мені невідомо, як вони виглядали, бо не встиг він їх забрати, як до нього підійшов старший хлопчина і, побачивши, що мій брат тримає в руках щось цінне, вдарив його і забрав знахідку. Пам’ятаю, як мій брат прийшов додому весь закривавлений. Мені здається, що речі, які тут були закопані, колишні мешканці хотіли зберегти, думаючи, що вони ще повернуться сюди. Я була маленькою дитиною, але вже тоді одна знахідка мене зворушила, і я відчула цей слід присутності інших людей, які тут колись жили. Це була баночка, літровий казанок, наповнений скляними намистинами та дитячими малюнками, вирізаними з карток у клітинку, із зображенням різних персонажів. Пам’ятаю, мене зворушило те, що хтось хотів зберегти щось подібне. Можливо, в цих речах була неймовірна сентиментальна цінність, а можливо, діти, бачачи, як їхні батьки ховають свої скарби, теж хотіли залишити свої. Невдовзі після війни, коли населення, як німецьке, так і польське, змогло повернутися в цю місцевість, сюди часто вторгалися росіяни. Вони приходили переважно для того, щоб поглумитися над дівчатами. Можливо, саме в цей час мешканці почали ховати цінні для них речі в газонах і садах. У той час у кожній квартирі проживало по кілька сімей. Розмовляючи з паном Копровскім, першопоселенцем нашої вул. Łukasiewicza, я дізналася, що відразу після війни він жив в одній з кімнат сусіднього будинку, розповів мені, що інші мешканці були дуже вдячні, що він був з ними, тому що, побачивши його військову форму, єдиний одяг, який він мав після звільнення з Офлагу, росіяни відступили і перестали так часто вторгатися в цей район. Підозрюю, що більш цінні речі, які мешканці заховали у газоні, згодом викопали і забрали з собою. Залишилися тільки дрібнички. Пам’ятаю, що мій брат також знайшов у цій місцевості каску і револьвер, які вже були добряче пошкоджені іржею. Тож вони закопували також речі, які могли свідчити про їхню участь у війні, і намагалися приховати їх, щоб не потрапити в полон. У мене в квартирі донині стоїть такий глечик, який відкопали в тій місцевості. Це теж дрібничка, яка, вочевидь, мала не потрапити до чужих рук. Людина всюди оточує себе предметами. Матеріальність входить в наше життя і прив’язується до нашої душі, створюючи різні почуття, зв’язки з минулим, змушуючи звикати до них. Як я вже згадувала, мені здається, що ці найбільш сентиментальні і важливі об’єкти колишні мешканці забрали з собою.
AП: Ви згадували про розмови про цю місцевість з одним із місцевих жителів, паном Копровскім. Коли Вас почала цікавити історія мікрорайону?
ЙС: Коли я підросла, мене спантеличували позначки на стінах будинків тут, у мікрорайоні. Від подруги-сусідки я дізналася, що територія навколо скверу була дуже небезпечною після війни. Її батьки оселилися тут у 1945 році і мали знайомих на вул. Smoluchowskiego, недалеко від набережної Wyspiańskiego, до котрих вони часто ходили в гості. Щоб дійти до них на каву, треба було бути дуже обережним і йти подалі від площі, бо тут були мародери, дезертири, росіяни зі зброєю. Одразу після війни тут часто траплялися різні сутички, навіть зі смертельними наслідками, тож тут було по-справжньому небезпечно. Лише згодом, у розмові з паном Копровскім, я дізнався, що вся ця «банда» мала штаб-квартиру на вул. Norwida, у частково зруйнованій будівлі навпроти WSR. Було зроблено кілька спроб вигнати їх звідти і притягнути до відповідальності. Однак це було нелегко, оскільки ці мародери, дезертири і спекулянти мали при собі зброю. У 1940-х роках цей район не був безпечним місцем.
У зв’язку з будівництвом летовища, фрагмент забудови від Грунвальдського до Щитніцького мостів у березні 1945 року став мілітаризованою зоною, і більшість цивільних мешканців були змушені виселитися. Тут дислокувалася лише армія. Збереглися кадри, на яких видно, що в кінці бічних вулиць, які розходилися від набережної Wyspiańskiego, були переходи з колючим дротом [видно на записі онлайн: https://www.youtube.com/watch?v=P3p_Mm7zGcE].Весь цивільний транспорт, який рухався з півдня Вроцлава до Сенпольно, їхав уздовж набережної. З цієї причини тамтешні травники були повні могил. Слабкі та хворі, які йшли вздовж берега, часто помирали в дорозі і були поховані тут. Сам сквер був одним великим цвинтарем. Донині від нього залишилися ями, але досі незрозуміло, кого саме тут ховали. Я шукала інформацію та документи на цю тему. Я знаю лише, що це були інтерновані італійці, які брали участь у поваленні Муссоліні. Після повернення Дуче до влади їх перевезли в різні куточки Європи, в тому числі і в Нижню Сілезію. Спочатку вони перебували в Олєшніци, де будували укріплення проти фронту, що наближався, а потім були переведені до Вроцлава на будівництво повітряної смуги. Згодом їх розмістили в Інституті електромеханіки, який знаходився на вул. Curie-Skłodowskiej. Коли інститут розбомбили, загиблих італійців поховали у сквері. Пан Копровскі і професор Самсоновіч підтвердили, що все місце було вкрите могилами з італійськими іменами, які потім просто зникли, оскільки росіяни, так само як і поляки, не розрізняли італійських інтернованих від військових Муссоліні. Італійці були для них ворогами, тому вони намагалися знищити їхні сліди. Клініки [Kliniki] та Щитніцкі парк [Park Szczytnicki] також стали місцями поховань у цій місцевості. Ліквідацією цих могил, яка, ймовірно, відбулася у 1946 році, займалася Управління з озеленення міста (Zarząd Zieleni Miejskiej). Від них не залишилося жодних слідів, перепис похованих не проводився. Був поспіх, щоб привести територію до ладу до Конгресу миру, а потім до виставки „Повернених земель” (Wystawa Ziem Odzyskanych). Я намагалась дізнатися більше про людей, які могли бути тут поховані, навіть переглядала переписи і записки німецьких пасторів і священиків, але і в них немає жодної згадки про це. Наша околиця одразу після війни не була безпечною, але за часів мого дитинства вона була зовсім іншою. Від решти району нас відділяла пл. Грунвальдська, тому наша громада була відносно невеликою, ми знали один одного з двору та зі школи. Коли через запровадження районування перестала ходити до експериментальної школи на Podwale, я пішла до школи №12 і возз’єдналася зі своїми друзями з двору. Ми відновили знайомства, які згодом були втрачені, бо ходили до різних середніх шкіл і наші шляхи розійшлися, а тепер знову зустрічаємося через багато років, ходимо разом, наприклад, на вправи для пам’яті, що проводяться по сусідству в Центрі місцевої активності.
AП: Як функціонувала місцева спільнота, про яку Ви згадували?
ЙС: Тут було чудово. Діти ходили один до одного в гості, брами кам’яниць були весь час відчинені. Більшість людей, що проживали в цій місцевості, належали до покоління моїх батьків, тож це були переважно молоді особи. Вони допомагали одне одному і були доброзичливі між собою. Пам’ятаю, як одного разу моя мама зібралася з іншими місцевими мамами і організувала ігрове свято для дітей, які не ходили до дитячих садків, тому їм не вистачало подібних розваг. Десь у мене ще збереглися фотографії цієї події, яка відбувалася на скверику. Ми були вбрані в різних тварин або квіти, а наші костюми були зроблені з гофрованого цигаркового паперу. Усі знали один одного тут і підтримували постійний контакт. Пам’ятаю, що коли виходила кудись з мамою, то зустріч із сусідами не закінчувалася лише привітанням „Добрий день”, а всі одразу запитували „Як справи?” і починалася розмова. Пам’ятаю ще таку ситуацію, коли до нас мали завітати гості, котрі забажали печеного гусака. Моїй мамі було 13 років, коли вона втекла з дому під час війни, і вона поняття не мала, як щось таке приготувати, тож наш сусід запік їй цього гусака. Це було навіть не стільки про позичити, як зробити щось для іншої людини. Такі взаємини тривали аж до того часу, коли моя донька пішла до школи. Та сусідська атмосфера і зв’язок були настільки сильними, що їх перейняли нащадки перших мешканців цієї околиці. Коли моя донька поверталася зі школи і кидала рюкзак на найближчу лавку, хтось із сусідів, побачивши це, завжди кликав її до себе, давав щось випити і просив забрати рюкзак до себе, щоб з ним нічого не сталося. Люди були відкриті та цікавилися одне одним. Тепер це вже зникло, хоча подруги, яких я знаю з пісочниці, нещодавно розповідали мені, що на вул. Smoluchowskiego,одну з квартир купили молоді люди, які зберегли всю оригінальну столярку. Те, що вони подбали про стару структуру будинку, принесло їм велику повагу в очах мешканців і статус „своїх”.
AП: Ви розповідали, що на деякий час виїжджали з Вроцлава, чому вирішили повернутися до Площі Грунвальдської?
ЙС: Перш за все я повернулася сюди, тому що моя мама почала хворіти, і хтось повинен був про неї піклуватися. Потім мій чоловік вирішив, що він не буде сам у Лодзі, і приїхав до мене, так все і сталося. Враховуючи не тільки те, що я тут зростала, а й саме місце розташування, то це дійсно чудовий пункт. Близькість до парку Щитніцького, прибережних бульварів, а також зручність сполучення з усім містом і, що найважливіше для мене, зелень перед вікном – я не можу уявити собі життя в іншому місці. Не знаю жодного іншого житлового масиву, який би мав настільки добре з’єднання з містом і водночас був повний зелені та забезпечував близькість до парку і річки. Деякий час я жила у подруги у Відні, яка мала другий будинок на вузькій вуличці навпроти, коли я виходила на балкон, то могла помахати рукою якомусь австрійцю і навіть кинути йому яблуко. Не можу уявити так жити. Раніше тут, на скверику, було набагато більше зелені. У мене була зелена фіранка з неї на вікні, влітку мені не потрібні були штори. Рослинність у цьому місці найбільше приваблює мене залишитися тут. Коли я займалася фотографією і проводила багато часу в фотолабораторії, тобто в ванній кімнаті, пташиний спів сповіщав мене про те, що мені пора йти, бо скоро розвидниться. Ці звуки, зелень є особливими для мене, не можу уявити собі іншого місця, де могла б отримати подібний досвід. Справа навіть не в тому, що тут народилася і виховувалася, а в тому, що це місце пропонує. У мене тут є закуток зі сквером, який є для мене найкрасивішою річчю. Не уявляю, як можна жити в багатоквартирних будинках, з яких не видно дерев на горизонті. Можливо, моя любов до дерев змусила мене залишитися тут.
AП:А які у Вас улюблені місця на Грунвальдській площі?
ЙС: Нема таких. З роками накопичуються певні спогади, які асоціюються з певними околицями. Те, які з них я відвідую найчастіше, залежить від того, з ким я гуляю по місцевості. Якщо до мене приїжджає хтось не з Вроцлава, я люблю показувати йому площу і розповідати різні цікаві факти, звертаючи увагу переважно на архітектуру. Кожному показую кам’яницю, спроектовану архітектором Войцехом Яржонбеком на набережній Wyspiańskiego, проте я не маю на увазі, що це моє найулюбленіше місце. Жодна з торгових точок, які працювали протягом останніх кількох десятиліть, тут більше не діє. Дуже довго тут була перукарня, якою керував пан Владислав зі Львова, який, на жаль, відійшов у вічність. Пан Владислав мав чорне волосся і вуса, завжди носив білий халат і стояв перед перукарнею зі схрещеними за спиною руками у довоєнному стилі, чекаючи на клієнтів. Салон як такий зберігся, але в іншій формі. Знаходиться на вул. Curie-Skłodowskiej, недалеко від підземного переходу, у цокольному поверсі кам’яниці. Фотограф також зник, кравець теж. З’явилися абсолютно нові місця. Немає ні трамвайних зупинок, ні магазинів, про які я згадувала раніше. Зникли ті моменти, які були безпосередньо пов’язані з нашим функціонуванням тут, у районі. Так багато змінилося, що важко сказати, що якесь одне місце є улюбленим. Безумовно, люблю гуляти вздовж набережної Одри. Це місце, яке я завжди намагаюся пройти, коли кудись прямую.
AП: Що Ви вважаєте знаковим у цьому мікрорайоні?
ЙС: Для мене це, безумовно, Грунвальдський міст [Most Grunwaldzki] і „Седесовце” [Sedesowce], які є оригінальними не лише ззовні, але й зсередини. Свого часу такою культовою була „Dwudziestolatka” з написом «Молодість – краса і надія міста». Однак пізніше вона обросла новими будівлями і змінилася разом з рештою кварталу.
Розмова відбулася завдяки фінансуванню Фонду EVZ у рамках програми «local.history» та проекту «Plac Grunwaldzki – untold story». #SupportedByEVZ
