Agnieszka Zabłocka-Kos i Jerzy Krzysztof Kos

[ПРОКРУТИТИ ВНИЗ ДЛЯ УКРАЇНСЬКОЇ ВЕРСІЇ]

Aleksandra Podlejska: Zamieszkali Państwo w rejonie Placu Grunwaldzkiego na początku lat 90. Jak wyglądało wtedy osiedle?

Jerzy K. Kos: Strasznie. Na sam plac Grunwaldzki właściwie się nie chodziło…

Agnieszka Zabłocka-Kos: …chodziło się przecież na słynny targ…

Jerzy K. Kos: …ja zupełnie nie pamiętam tego targu. Na plac Grunwaldzki raczej się nie chodziło i zresztą teraz też by się tam nie bywało, gdyby nie fakt, że jest tam galeria handlowa i czasem można w niej coś kupić, jeśli potrzeba. Wcześniej w jej miejscu było puste klepisko z przecinającymi się ścieżkami. Rondo w centrum nie istniało, a przejazd samochodem przez plac Grunwaldzki był wyczynem. Pamiętam taką scenę, kiedy pewnego wieczoru jacyś obcokrajowcy podjechali do tego skrzyżowania od strony Mostu Grunwaldzkiego, zatrzymali się i widziałem, jak zastanawiają się nad tym, jak tu przejechać. W końcu przejechali prosto, na skróty. Centrum placu to była rozdeptana przestrzeń. Nie było tam przystanków autobusowych ani tramwajowych. Były na skraju przy ulicach, nie w centrum jak teraz. W drogach były okropne dziury. To było coś strasznego, aczkolwiek w tej chwili pewne fragmenty ulicy Powstańców Śląskich dobijają do tamtych standardów PRL-u, m.in, rondo. Tak więc wyglądało to okropnie, ale w tamtym czasie wszędzie tak było, w całym mieście. Podobnie wyglądały też okolice dawnego hotelu Panorama, czyli placu Dominikańskiego. W pewnym momencie, w miejscu dzisiejszej galerii wykopano dziurę, która po jakimś czasie napełniła się wodą, po której pływały kaczki. Autobusy objeżdżały to wielkie bajoro. Wrocław wtedy był zupełnie inny. Pamiętam też taki plakat z napisem „Nigdy więcej wojny” i bombą, zawieszony nad ruinami wypalonego domu przy skrzyżowaniu ulic Słowiańskiej i Jedności Narodowej. To było coś strasznego. Na placu Grunwaldzkim stały dwa czerwone plastikowe kioski, w których sprzedawano rurki z kremem i chyba kurczaki. Był też kiosk z gazetami. To było w zasadzie wszystko co tam stało.

Agnieszka Zabłocka-Kos: Od strony ulicy Curie-Skłodowskiej stał chyba też jakiś pawilon, ale nie pamiętam co tam sprzedawano. Na Manhattanie był bardzo dobry sklep „Artur”. Jego szkoda. Pewnie inni mieszkańcy też żałują, że już go nie ma. Teraz w tym miejscu jest punkt pobrań Diagnostyki. Poza tym w kompleksie Manhattanu był też kultowy cocktailbar z bardzo ładnym wnętrzem zaprojektowanym z gracją, pop-artowsko. Było nam bardzo przykro, że jego wyposażenie zostało zniszczone podczas przebudowy na inny bar.  

Jerzy K. Kos: Była na placu też stacja benzynowa, która istnieje do dzisiaj, chociaż oczywiście nie wyglądała wtedy tak, jak teraz. Poza tym to była pustynia. Wzdłuż ulicy plac Grunwaldzki biegnącej na północ rosły topole, które zresztą sadzili moi rodzice jako studenci. Kilka lat temu zostały wycięte, ponieważ były już bardzo zniszczone…

Agnieszka Zabłocka-Kos: …no i hulał wiatr. W miejscu, które przygotowano pod koniec II wojny światowej pod lotnisko hulał wiatr.

Aleksandra Podlejska: Czy w obrębie osiedla były jakieś miejsca, które chętnie Państwo odwiedzali?

Jerzy K. Kos: Raczej nie…

Agnieszka Zabłocka-Kos: Ja studiowałam na Politechnice, więc chodziłam na zajęcia do gmachów D1 i D2. Niedawno od znajomych konserwatorów kamienia dowiedzieliśmy się, że parapety w tych budynkach z lat 50. są zrobione z nagrobków. Zauważyli to podczas konserwacji i czyszczenia elewacji gmachów. 

Aleksandra Podlejska: Czy wiadomo skąd pochodzą te nagrobki?

Jerzy K. Kos: Wiadomo tylko, że są niemieckie, z dawnych niemieckich cmentarzy.

Agnieszka Zabłocka-Kos: Tak więc to jest ciekawostka, którą wydaje mi się, warto sprawdzić, tym bardziej, że zostały tam wmontowane nie jako spolia, ale jako materiał budowlany. Można wybrać się tam z lornetką i od spodu przyjrzeć się parapetom, podobno są widoczne niemieckie napisy. 

Jerzy K. Kos: Takie sytuacje, kiedy wykorzystywano nagrobki jako materiał budowlany zdarzały się we Wrocławiu. Na przykład w Parku Szczytnickim, idąc wzdłuż rzeczki można było zobaczyć murki, na których widniały niemieckie imiona, nazwiska, daty. Takie spolia wojenne. Wydaje mi się, że to usunięto, ale całkiem tego nie jestem pewien. A czy poza tym były tu jakieś ślady wojny…to okolica mieszana, zachowana i kompletnie zburzona. Oczywiście sam plac Grunwaldzki to jeden wielki ślad wojny. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Moja babcia mieszkała przy Smoluchowskiego — zachowanej, przedwojennej ulicy, więc często tam bywałam. Samo mieszkanie było duże, ponieważ w tamtej okolicy lokale miały spore metraże, ale dość nieprzyjemne, ponieważ miało bardzo zły układ z ciasnym, wąskim korytarzem i jak na standardy niemieckie, bardzo małą i ciemną łazienką. Jednak to, co fascynowało mnie w tym miejscu to fakt, że w pokoju, który był kiedyś jadalnią, był mały dzwonek w podłodze — służbowy, skierowany do kuchni. Pani domu mogła go dyskretnie nacisnąć i potrawy były przynoszone do pokoju. To pokazuje, jaki był standard mieszczących się w tamtej okolicy budynków. Jak dobrze wiemy, zabudowa i ulice są w tamtym rejonie zachowane, chociaż pamiętam, że kiedyś te wszystkie skwerki i zieleńce nie wyglądały zbyt ładnie, ani zachęcająco.

Aleksandra Podlejska: Kiedy odwiedzała Pani swoją babcię, czy zwiedzała Pani inne rejony Placu Grunwaldzkiego niż te w okolicach Smoluchowskiego?

Agnieszka Zabłocka-Kos: Obszar ten pamiętam jednak przede wszystkim z wędrówek do babci i podróży tramwajem z Karłowic. Na ogół chodziłam tam z tatą i raczej nie zwiedzałam innych części osiedla. Studiując już na Politechnice korzystałam z nieistniejącej już stołówki, która też mieściła się na rogu Smoluchowskiego i Wyspiańskiego, chociaż jedzenie nie było tam powalające. Chodziłam też do stołówki przy Kredce i Ołówku, w miejscu, w którym dzisiaj jest Carrefour. Jej nieprzyjemny zapach pamiętam do dzisiaj. 

Aleksandra Podlejska: Wspominali Państwo, że w latach 90. Grunwald był strasznym miejscem. Kiedy zaczął się on zmieniać i jak się przeobrażał?

Jerzy K. Kos: W miejscu samego placu Grunwaldzkiego powstał Goliat, który też był straszny. To był ogromny namiot cyrkowy, pełen ludzi. Przewalały się przez niego tłumy. To był przykład wczesnego, dzikiego kapitalizmu. W Goliacie można było znaleźć naprawdę dziwne rzeczy. Pamiętam, że były tam ładne modele samochodów. Można było znaleźć w Goliacie ładne rzeczy, ale poza tym było tam tzw. badziewie. Chyba nie było tam jedzenia…

Agnieszka Zabłocka-Kos: …były głównie ubrania. W okolicy sprzedawano też choinki. Pamiętam, że chodziło się tam po nie przed świętami. 

Jerzy K. Kos: Wydaje mi się, że ten namiot stał dość długo. Potem nagle go zlikwidowano i zaczęto kopać w jego miejscu dziurę pod fundamenty i powstała brzydka, bardzo nijaka galeria handlowa. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Pamiętam, że w czasie powstawania galerii pracowałam jako konsultantka w Biurze Rozwoju Wrocławia i ta inwestycja była głównym tematem rozmów. Mówiłam wtedy, że jej budynek powinien stanowić pewien akcent przestrzenny, dominantę architektoniczną, która byłaby widoczna od strony ZOO, żeby ta okolica nie była taka płaska. Bardzo namawiałam też na etapie projektowania, żeby zrobić w Pasażu centrum sportowe dla studentów z basenem i salami gimnastycznymi. Coś do ćwiczeń chyba faktycznie tam jest, ale nie w takim kształcie, jaki ja sobie wyobrażałam, trochę postsocjalistycznym, jako duże centrum dla studentów. Chciałam wtedy, aby ta galeria spełniała dwie funkcje, nie tylko handlową, ale żeby toczyło się w niej też życie studenckie. To myślenie było jeszcze echem sposobu projektowania z okresu socjalizmu. W latach 80. XX w. planowano między Kredką a Ołówkiem wielką bibliotekę i właśnie — centrum sportowe z basenami. Baseny dziś są, ale z benzyną, a to był bardzo ciekawy projekt, który miał spinać jeszcze trzeci akademik stojący właśnie na samym cypelku, na skrzyżowaniu ulic. Pomiędzy nimi miało mieścić się wspomniane centrum sportowe. Kiedy dowiedziałam się, że ono tu jednak nie powstanie, wtedy właśnie proponowałam stworzenie go w galerii. Niestety taki pomysł nie mieścił się w programie funkcjonalnym obiektu przewidzianym przez inwestora. 

Aleksandra Podlejska: A czy mieszkańcy rozmawiali o likwidacji Goliata i powstałej w jego miejscu galerii?

Jerzy K. Kos: Niespecjalnie. Raczej przyglądano się, co z tego będzie. Okazało się, że Pasaż jest praktyczny. W pewnym sensie zastąpił Goliata. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Dobrze, że jest, tylko szkoda, że w takim kształcie. 

Jerzy K. Kos: Podobnie jak wieżowiec Grunwaldzki Center. Kto coś takiego projektuje… 

Agnieszka Zabłocka-Kos: W jego miejscu też wcześniej hulał wiatr, był to prowizoryczny dworzec dla autobusów miejskich w błocie i kałużach. To też było straszne. 

Aleksandra Podlejska: A czy są w takim razie na osiedlu obiekty, które Państwo lubią? 

Jerzy K. Kos: Myślę, że ulica Norwida i zachowane fragmenty dawnych kamienic, szczególnie kiedy je odmalowano są takimi miejscami. Odkryciem było dla mnie, że na budynku Politechniki zachowany jest znak Kongresu Intelektualistów z 1948 roku w formie metaloplastyki. Nie wiedziałem, że jest tutaj pozostałość po tym wydarzeniu. Bardzo ładne są okolice Politechniki i świetny jest jej nowy kampus — kolorowy z zielenią, trawą, bardzo zadbany. Naprawdę bardzo  nowoczesne miejsce. No i te stare, zachowane ulice. Parę jest takich.

Agnieszka Zabłocka-Kos: Ostatnio odkrywaliśmy np. Wybrzeże Pasteura. Zaczęliśmy tam kluczyć, zaglądać na podwórza… 

Jerzy K. Kos: …tak, bardzo ładne są tamtejsze podwórza, z fontannami, różnymi rozwiązaniami ogrodowymi. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Tak, szczególnie Pasteura 16/18, warto wejść tam i zobaczyć altany, czy resztki fontann. Oczywiście dzisiaj to wszystko znajduje się pomiędzy parkingami, ale mimo wszystko widać, że to były bardzo bogate kamienice. 

Jerzy K. Kos: Zmienia się na korzyść wygląd budynków Uniwersytetu Medycznego. Wcześniej to było potworne straszydło, ale teraz oczyszczone elewacje z tymi zielonymi oknami są przykładem naprawdę przyzwoitej architektury. Właśnie takie zachowane fragmenty miasta, nie tylko pojedyncze domy, ale całe pierzeje to coś zupełnie wyjątkowego. Fajnie jest też nad Odrą, w okolicach Politechniki. Po drugiej stronie placu Grunwaldzkiego stoi oczywiście kompleks projektu Grabowskiej-Hawrylak, chociaż już się opatrzył. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Jak był świeży i nowy to wyglądał porządnie. Teraz po remontach zdążył się już trochę zabrudzić. To ocieplenie nie oddaje w pełni zamierzanego przez architektkę wyglądu elewacji, ale nie jest źle. Kiedyś na zapleczu ulicy Szczytnickiej, w miejscu dzisiejszego kampusu Uniwersytetu, też hulał wiatr. Teraz to wszystko się zabudowuje. 

Jerzy K. Kos: No właśnie, możesz opowiedzieć o ratowaniu przez ciebie Szczytnickiej

Agnieszka Zabłocka-Kos: Szczerze mówiąc, nie pamiętam już za dobrze tej historii, ale kiedy pracowałam u konserwatora zabytków, chciano wyburzyć południową pierzeję ulicy Szczytnickiej — tę od strony Kampusu Uniwersyteckiego. Być może to byłoby rozwiązanie dla tej ulicy, ale wtedy się z tym nie zgadzałam. Zrobiłam chyba jakąś małą wystawę na temat tego miejsca. Przetoczyła się wtedy dyskusja na temat ulicy i jej losów i ostatecznie zapadła decyzja, że jednak zostanie ona wyremontowana, a nie wyburzona. Niestety nie pamiętam szczegółów tej sytuacji, może są tacy, którzy wiedzą więcej. 

Jerzy K. Kos: Ostatecznie Szczytnicka została uratowana i nawet jakoś rozkwitła na początku. 

Aleksandra Podlejska: Kiedy miały miejsce te dyskusje?

Agnieszka Zabłocka-Kos: To był 1984 albo 1985 rok. Wtedy ulica była bardzo zniszczona i planowano, aby zrobić coś w okolicach budynku liceum nr XIV,  gdzie dziś stoją biurowce. Wtedy ten szkolny budynek był właściwie jedynym świetlistym punktem zabudowy tej ulicy. W tamtym czasie również budynki-punktowce przy skrzyżowaniu ulic Reja i Ładnej były właściwie białymi plamami fajnej, nowoczesnej zabudowy, a reszta była bardzo zaniedbana. W latach 80. zaczęły na Szczytnickiej powstawać plomby uzupełniające zabudowę.

Jerzy K. Kos: Bardzo ponura była ta ulica. 

Aleksandra Podlejska: A kiedy jednak została odratowana, jak potoczyły się jej losy? Czy nie zaczęła pełnić wtedy funkcji handlowej?

Agnieszka Zabłocka-Kos: Tak. Pojawiło się tam dość sporo różnych lokali, m.in. księgarnie, i antykwariaty. 

Jerzy K. Kos: Przez pewien czas była tam jedna z najlepszych wrocławskich księgarń. Później, kiedy wybudowano galerię, wessała ona handel do siebie, a Szczytnicka znowu niszczała…

Agnieszka Zabłocka-Kos: …ale teraz jest remontowana. 

Aleksandra Podlejska: Czy w obrębie osiedla miały miejsce wydarzenia, które szczególnie zapadły Państwu w pamięci?

Jerzy K. Kos: Pamiętam katastrofę budowlaną Wydziału Melioracji. To były lata 60. Powstała wtedy nowa, smętna ruina we Wrocławiu. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Tak, to był budynek projektu Barskiego dla dawnej Akademii Rolniczej. 

Aleksandra Podlejska: Jak, jako mieszkańcom korzystało i korzysta się teraz Państwu z tego osiedla? Czy sposób funkcjonowania na Placu Grunwaldzkim zmienił się z biegiem lat?

Jerzy K. Kos: Bardzo dynamicznie zmieniają się tutaj różne sklepy i usługi. Czasem wspominamy, co zniknęło z okolicy. Kiedyś była tutaj apteka, bardzo dobry fryzjer, był też Copland. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Były sklepy spożywcze. 

Jerzy K. Kos: Tak, rodzinne sklepy. Niedaleko, na rogu, w miejscu dzisiejszej Żabki był sklep spożywczy prowadzony przez mamę i synów. Były też sklepy mięsne. Kilkukrotnie zmieniał się warzywniak obok nas. Ruch w interesie jest ogromny. Dużo zmieniła na pewno pandemia, ale ogólnie jest całkiem nieźle. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Apteka zniknęła już dawno. Dobry sklep mięsny został zastąpiony Dużym Benem, co uważam za skandal. Pod akademikami Kredką i Ołówkiem były też fajne sklepy, których żałujemy. Mieścił się tam m.in. papierniczy. 

Jerzy K. Kos: Tak, to był bardzo dobry papierniczy. Był też tani punkt ksero. Chyba kiedyś było lepiej. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Tak, to był ten czas, czyli lata 90. i początek lat 2000., kiedy działał jeszcze ten wczesny kapitalizm i były lokalne, rodzinne przedsiębiorstwa handlowe. W tej chwili to wszystko zastąpiły sieci. Za to w okolicy, w miejscu dawnej stołówki Politechniki, o której  wspominałam, mamy kultową ponoć, tajską restaurację, do której my co prawda nie chodzimy. Mamy też duży sklep spożywczy Carrefour, ale ten sympatyczny, lokalny charakter się zatracił. Ta okolica była i jest nadal przykładem 15-minutowego miasta. Wszyscy się kiedyś znali, dziś jednak dawni sympatyczni, prowadzący lokale właściciele, którzy z nami „po domowemu” rozmawiali, zniknęli. Sieciówki są bardziej anonimowe, a często zmieniający się sprzedawcy nie szukają kontaktu z klientem. 

Aleksandra Podlejska: A czy sąsiedzkie relacje są tutaj bliskie?

Agnieszka Zabłocka-Kos: Tak, choć w naszej kamienicy nastąpiła wymiana pokoleniowa… 

Aleksandra Podlejska: Czy wiedzą Państwo, jak wyglądały tutaj relacje polsko-niemieckie?

Jerzy K. Kos: Odwiedził nas przedwojenny lokator tego mieszkania. To było 30 lat temu…

Agnieszka Zabłocka-Kos: Zaprosiliśmy go do środka i opowiedział nam o tym, jak tutaj się żyło i skąd do Wrocławia przybyła jego rodzina. Ojciec tego pana był inżynierem wodnym i został oddelegowany z Westfalii do Kwidzyna, a następnie do Wrocławia i pracował przy budowie kanału gliwickiego, dawnego Adolf-Hitler-Kanal. Był protestantem, a mama katoliczką. Stąd też znamy ciekawą relację na temat stosunków religijnych w przedwojennym Breslau. Kiedy jego mama przyjechała do Wrocławia, poczuła katolicką atmosferę i chciała znów chodzić do kościoła katolickiego. Żeby to zrobić potrzebowała jednak zgody męża, by wrócić na łono Kościoła. Być może mieli protestancki ślub i dlatego było to konieczne. Ojciec nie chciał tej zgody wydać, ponieważ wiązało się to z pójściem do siedziby diecezji, a on powiedział, że nigdy nie pójdzie na Ostrów Tumski, żeby złożyć jakiś podpis. Wtedy kardynał Bertram przybył tutaj do mieszkania, wszyscy usiedli na balkonie, wypili kawkę i kardynał przekonał męża tej pani, aby jednak się zgodził – zostało zawarte religijne porozumienie. To jedna z takich ciekawych historii, które opowiedział nam ten pan. Studiował tu matematykę na uniwersytecie. Niestety w ostatnim roku wojny został powołany do wojska i trafił na wschód. Zakończenie wojny zastało go w Prusach Wschodnich, i w ostatnim momencie  trafił do rosyjskiej niewoli, z której nie wyszedł w maju 1945 roku., Został przetransportowany do Moskwy, gdzie budował dom, w którym ponoć mieszkał później Sacharow. 

Jerzy K. Kos: Miał duże szczęście. Opowiadał, że w Moskwie mieszkali w namiotach i Rosjanie powiedzieli im, jaką korę mają żuć, aby nie mieć szkorbutu oraz co jeść. Potem wrócił do Niemiec Zachodnich i mieszkał w Berlinie.

Agnieszka Zabłocka-Kos: Opowiadał też taką smutną historią z momentu, w którym rodzinie kazano się stąd ewakuować. To było w styczniu. Dla urzędników został podstawiony statek na Odrze. Rodzina wyszła stąd i matka w połowie drogi wróciła się, żeby sprawdzić, czy dobrze zamknęła mieszkanie. Po tym już nigdy tu nie wrócili. To taka prawdziwa historia o losach dawnych mieszkańców. W każdym razie rozmowa z tym Panem była bardzo miła.  

Aleksandra Podlejska: Co jest dla Państwa ikoną tego osiedla?

Jerzy K. Kos: Myślę, że pobliskie wybrzeże Starej Odry, czyli dawna Hatzfeldweg z jej dębami. To jest coś wyjątkowego, a przy okazji jest tam fajna trasa rowerowa, choć wychodzi ona już poza obręb osiedla. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Ja bym powiedziała, że przedwojenną ikoną jest dla mnie dzielnica uniwersytecka z zabudowaniami politechniki, no i dawnego uniwersytetu, ponieważ Kliniki i dzisiejszy Gmach główny Uniwersytetu Przyrodniczego przy ul. Norwida były częścią Wydziału Medycznego i Rolniczego Uniwersytetu Wrocławskiego. Powojenne ikony natomiast to niewątpliwie wieżowce Grabowskiej-Hawrylak

Aleksandra Podlejska: A jakie są Państwa ulubione miejsca na osiedlu? Czy pokrywają się z wymienionymi przed chwilą?

Jerzy K. Kos: Brzeg Odry, jeszcze w połączeniu z rowerem. To jest świetne miejsce, z trasą wypadową, którą można wyjechać z Wrocławia w kierunku Opola, a nawet zrobić sobie wycieczkę na Górny Śląsk. 

Agnieszka Zabłocka-Kos: Tak, brzeg Odry, lubimy spacerować. Poza tym cmentarz na Bujwida, gdzie mamy pochowaną rodzinę. Mamy zresztą już swój własny nagrobek, także na pewno zostaniemy tu…

Jerzy K. Kos: …na jakiś czas.


Rozmowa zrealizowana dzięki dofinansowaniu ze środków Fundacji EVZ w ramach programu “local.history” i projektu „Plac Grunwaldzki – nieopowiedziana historia”. #SupportedByEVZ


Аґнєшка Заблоцка-Кос i Єжи Кшиштоф Кос

Александра Подлейска: Ви оселилися в мікрорайоні Грунвальдська площа [Plac Grunwaldzki] на початку 1990-х років. Як тоді виглядав цей район?

Єжи К. Кос: Страшно. По самій Грунвальдській площі практично ніхто не ходив….
Аґнєшка Заблоцка-Кос: …здебільшого ходилось на знаменитий базар…

Єжи К. Кос: … я не пам’ятаю цього ринку взагалі. На Грунвальдську площу здебільшого не ходилось і по суті, зараз теж не пішов би, якби не те, що там є торговий центр і інколи за потреби можна щось купити. Раніше на її місці була спорожніла долівка з перехресними стежками. Кільцевої розв’язки в центрі не існувало, проїхати на машині через пл. Грунвальдську було справжнім досягненням. Я пам’ятаю таку сцену одного вечора, коли якісь чужоземці під’їхали до цього перехрестя з боку Грунвальдського мосту, зупинилися і я бачив, як вони думали, як тут проїхати. Врешті-решт вони проїхали прямо, скоротивши шлях. Центр площі був витоптаним простором. Там не було ні автобусних, ні трамвайних зупинок. Вони були на узбіччях вулиць, а не в центрі, як зараз. На дорогах були жахливі ями. То було щось страшне, нині деякі фрагменти вул. Powstańców Śląskich наближаються до тих совкових стандартів, включно з кільцевою розв’язкою. Виглядало страхітливо, але в той час так було скрізь, по всьому місту. Територія навколо бувшого готелю «Panorama», тобто площа Домініканська, також виглядала подібним чином. Колись на місці сьогоднішньої галереї була викопана яма, яка через деякий час наповнилася водою, по якій плавали качки. Автобуси об’їжджали це величезне болото. Вроцлав тоді був зовсім іншим. Ще пам’ятаю такий плакат з написом „Nigdy więcej wojny” („Більше ніякої війни”) i бомбою, який висів над руїнами згорілого будинку на перехресті вулиць Słowiańska i Jedności Narodowej.То було щось нечуване. На Грунвальдській площі стояли два червоні пластикові кіоски, в яких продавалися трубочки з кремом і, здається, курчата. Був також один кіоск, де продавали газети. Ось, власне, і все, що там стояло.

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Зі сторони вул. Curie-Skłodowskiej, либонь, теж був якийсь павільйон, але я вже не пам’ятаю, що там продавали. На Мангеттені [Manhattan] була дуже хороша крамниця „Artur”. Її жаль. Напевно, інші мешканці теж шкодують, що магазину більше немає. Тепер там знаходиться відділення діагностики. Крім того, в комплексі  „Manhattan” був культовий коктейль-бар з дуже гарним інтер’єром, оформленим у витонченому поп-арт стилі. Ми були дуже засмучені тим, що його обстановка була знищена, коли його трансформували в новий бар.  

Єжи К. Кос: На площі також була автозаправна станція, яка існує й досі, хоча, звісно, тоді вона виглядала не так, як зараз. Поза тим, це була пустеля. Вздовж вулиці plac Grunwaldzki, що вела на північ, росли тополі, які, до речі, мої батьки посадили ще студентами. Кілька років тому їх зрубали, бо вони вже були дуже пошкоджені….

Аґнєшка Заблоцка-Кос: … a ще там гуляв вітер. На місці, яке наприкінці Другої світової війни готували під аеродром, завивав буйний вітер.

Александра Подлейска: Чи були на території мікрорайону місця, куди ви залюбки ходили?

Єжи К. Кос:  Радше ні…

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Навчаючись у Політехніці, я ходив на пари в корпуси D1 і D2. Нещодавно від знайомих пам’яткоохоронців ми дізналися, що парапети в цих будівлях 1950-х років зроблені з надгробків. Вони помітили це під час проведення реставрації та чищення фасадних частин споруд. 

Александра Подлейска: Чи відомо, звідки походять ці надгробки?

Єжи К. Кос: Відомо лише, що вони німецькі, з колишніх німецьких кладовищ.

Аґнєшка Заблоцка-Кос: То ж це цікавинка, яку, на мою думку, варто перевірити, тим більше, що вони були включені туди не як сполія, а як будівельний матеріал. Можна піти туди з біноклем і подивитися на підвіконня знизу, мабуть, там видніються німецькі написи. 

Єжи К. Кос: Такі ситуації, коли надгробки використовували як будівельний матеріал, траплялися у Вроцлаві. Наприклад, у Щитницькому парку [Park Szczytnicki], йдучи вздовж річки, можна було побачити стіни з німецькими іменами, прізвищами, датами. Така собі воєнна спольщина. Гадаю, це вже прибрали, але я не зовсім впевнений. І чи були тут ще якісь сліди війни, крім цього… Це змішана територія, збережена і повністю знесена. Звичайно, сама Грунвальдська площа – це один великий рудимент війни. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Моя бабця жила на вул. Smoluchowskiego – добре збереженій довоєнній вулиці, й я часто туди ходила. Сама квартира була великою, оскільки помешкання в тому районі були значних розмірів, але досить неприємною, оскільки мала дуже погане планування з тісним, вузьким коридором, за німецькими мірками, дуже маленькою і темною ванною кімнатою. Однак мене зачарувало те, що в кімнаті, яка раніше була їдальнею, в підлозі був невеликий дзвіночок – службовий дзвіночок, що був направлений на кухню. Господиня могла непомітно натиснути на нього і їжа приносилася до кімнати. Це показує, якого рівня були будівлі в тій місцевості. Як ми добре знаємо, будівлі і вулиці в цьому районі збереглися, хоча пам’ятаю, що колись всі ці сквери і зелень виглядали не дуже гарно і привабливо.

Александра Подлейска: Коли Ви відвідували бабусю, чи відвідували Ви якісь інші райони Грунвальдської площі, окрім тих, що навколо вул. Smoluchowskiego?

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Цю місцевість я пам’ятаю переважно з прогулянок до бабусі та поїздок на трамваї з Карловіц [Karłowic]. Зазвичай ходила туди з татом і навряд чи відвідувала інші частини мікрорайону. Коли була студенткою Політехніки, заходила до їдальні, якої вже не існує, яка також знаходилася на розі вулиць Smoluchowskiego та Wyspiańskiego, проте їжа там була не надто смачною. Ходила також до їдальні біля „Kredka” і „Ołówek” на місці, де сьогодні знаходиться „Carrefour”. Досі пам’ятаю її неприємний запах. 

Александра Подлейска: Ви згадали, що Грунвальд був страшним місцем у 1990-х роках. Коли воно почало змінюватися і як воно трансформувалося?

Єжи К. Кос: На місці самої Грунвальдської площі звели „Goliat”, який теж був страхітливим. То був величезний цирковий намет, повний людей. Натовпи народу проходили крізь нього. Це був приклад раннього, „дикого капіталізму”. У „Goliat” можна було знайти дійсно дивні речі. Пам’ятаю, там були гарні моделі машин. Можна було знайти гарні речі, але крім цього був так званий мотлох. Мені здається, що там не було ніякої їжі…

Аґнєшка Заблоцка-Кос: …був переважно одяг. Крім того, там продавали ялинки. Пам’ятаю, як ходили туди купувати їх перед Різдвом. 

Єжи К. Кос: Мені здається, що цей намет простояв доволі довго. Потім його раптово прибрали, а на його місці почали копати яму для фундаменту і створили потворний, дуже прісний торговий центр. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Пам’ятаю, що на момент створення торгового центру я працювала консультанткою в у Бюро розвитку Вроцлава, ця інвестиція була головною темою обговорень. Тоді я наполягала, що його будівля має стати архітектурною домінантою, яка буде видимою з боку зоопарку, щоб урізноманітнити цю досить плоску панораму. На етапі проектування я також активно пропонувала створити у „Pasaż” спортивний центр для студентів – з басейном та спортзалами. Щось для фізкультури там, здається, є, але зовсім не в тому масштабі, як я уявляла. Я бачила це як великий студентський центр – трохи в тому постсоціалістичному дусі. Метою було зробити з галереї не просто торговий простір, а місце студентського життя. Цей підхід був відлунням соціалістичного планування. Ще у 1980-х XX ст. між „Kredka” і „Ołówek” планували звести величезну бібліотеку – спортивний центр з басейнами. Басейни є і сьогодні, але на бензині, це був дуже цікавий проект, який передбачав приєднання ще одного гуртожитку, що стояв прямо на мисі, на перехресті доріг. Між ними мав бути вищезгаданий спортивний центр. Коли я довідалася, що його не збираються тут будувати, запропонувала побудувати його в ТЦ. На жаль, така ідея не вписувалася у функціональну програму інвестора. 

Александра Подлейска: А мешканці обговорювали ліквідацію „Goliat” та будівництво ТЦ на його місці?

Єжи К. Кос: Не особливо. Швидше спостерігали, що з цього вийде. Виявилося, що „Pasaż Grunwaldzki” вийшов досить практичним. Він певною мірою замінив „Goliat”. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Добре, що він є, але шкода, що в такому вигляді.

Єжи К. Кос: Так само, як хмарочос Грунвальдського центру [Grunwaldzki Center]. Хто проектує щось подібне… 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: На її місці теж раніше вирував вітер; це була імпровізована станція для міських автобусів у багнюці та калюжах. Було так само жахливо. 

Александра Подлейска: То чи є у вашій околиці об’єкти, які вам подобаються?

Єжи К. Кос: Гадаю, що вулиця Norwida з її відреставрованими кам’яницями – саме таке місце. Для мене справжнім відкриттям стало, що на будівлі Політехніки зберігся металопластичний знак із Конгресу інтелектуалів 1948 року. Я й не підозрював, що тут є слід тих подій! Дуже гарні околиці Політехніки – особливо новий кампус: яскравий, з зеленою травою та сучасним дизайном. Справжнє оновлення! Але й старі вулички, що вціліли, варті уваги. Їх тут ще кілька залишилося…

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Нещодавно, приміром, ми відкрили для себе набережну Pasteura [Wybrzeże Pasteura]. Почали там прогулюватися, заглядати у дворики…. 

Єжи К. Кос:…так, дворики там дуже гарні, з фонтанами, різними садовими рішеннями. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Так, особливо Pasteura 16/18, варто зайти туди і подивитися на альтанки або залишки фонтанів. Звичайно, сьогодні це все між парковками, але все одно можна побачити, що це були дуже багаті кам’яниці. 

Єжи К. Кос: Вигляд будівель Медичного університету змінюється на краще. Раніше це був справжній архітектурний «страхолюд», але тепер – з очищеними фасадами та зеленими вікнами – вони стали прикладом дійсно гарної архітектури. Цікаво, що найцінніше тут – не лише окремі споруди, а цілі історичні лінії забудови. Такі ансамблі – справжня рідкість. Також гарно вздовж Одри, біля Політехніки. З іншого боку площі Грунвальдської, звісно, є комплекс, спроектований Грабовською-Хавриляк, хоча він вже й вичерпав себе. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Коли вона була свіжою і новою, виглядала пристойно. Зараз, після ремонту, він встиг трохи забруднитися. Ізоляція не повністю відображає задуманий архітектором вигляд фасаду, але вона непогана. Колись у глибині вулиці Szczytnicka, на місці сучасного університетського кампусу, вирував вітер. Зараз це все забудовано. 

Єжи К. Кос: Можеш розповісти про те, як ти рятувала вул. Szczytnicka.

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Чесно кажучи, я вже не дуже добре пам’ятаю ті події, але коли я працювала в органах охорони пам’яток, був план знести південну лінію забудови вулиці Szczytnicka – ту, що з боку Університетського кампусу. Можливо, для самої вулиці це й було б рішенням, але я тоді з цим не погодилася. Здається, я навіть організувала невелику виставку про цю місцевість. Тоді розгорілася суперечка про майбутнє вулиці, і в підсумку вирішили не зносити її, а відреставрувати. На жаль, деталі вже випадають з пам’яті – можливо, знайдуться ті, хто знає більше.

Єжи К. Кос: Зрештою, Szczytnicka була врятована і навіть якось процвітала на початку. 

Александра Подлейска: Коли відбувалися ці дискусії?

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Це був 1984 чи 1985 рік. Тоді вулиця була дуже зруйнована, і були плани щось змінити біля будівлі ліцею №14, де зараз стоять бізнес-центри. На той час ця школа була майже єдиною яскравою точкою у розвитком вулиці.Будинки-„крапки” на перехресті вулиць Reja та Ładna теж були, по суті, єдиними білими плямами сучасної архітектури серед занедбаного середовища. А в 80-х на вул. Szczytnicka почали з’являтися заповнювальні добудови (plomba) – нові будинки, які доповнювали історичну забудову.

Єжи К. Кос: Вулиця була дуже похмурою.

Александра Подлейска: Однак, коли вона була відновлена, як склалася її подальша доля? Чи не почала вона тоді виконувати комерційну функцію?

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Так, там з’явилося чимало різних закладів, зокрема книгарні, антикварні крамниці. 

Єжи К. Кос: Деякий час тут була одна з найкращих книгарень Вроцлава. Пізніше, коли збудували торговий центр, він втягнув торгівлю в себе, а Szczytnicka знову занепала….

Аґнєшка Заблоцка-Кос: …але зараз знаходиться на ремонті. 

Александра Подлейска: Чи були якісь події на території мікрорайону, які вам особливо запам’яталися?

Єжи К. Кос: Пам’ятаю будівельну катастрофу Департаменту меліорації. Це були 1960-ті роки, тоді у Вроцлаві з’явилася нова сіра руїна. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Так, це була спроектована Барським будівля колишньої Сільськогосподарської академії. 

Александра Подлейска: Як вам, як мешканцям, жилося у цьому районі раніше – і як живеться зараз? Чи змінився спосіб функціонування на Грунвальдській площі з роками?

Єжи К. Кос: Різноманітні магазини та послуги тут змінюються дуже динамічно. Іноді ми згадуємо, що зникло з цього району. Раніше тут була аптека, дуже хороша перукарня, був „Copland”. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Були продуктові магазини.

Єжи К. Кос: Так, родинні крамниці. Неподалік, на розі, на місці теперішньої „Żabka”, була продуктова крамниця, якою керували мати і сини. Були також м’ясні крамниці. Овочева лавка поруч з нами змінювалася кілька разів. Трафік у бізнесі величезний. Звичайно, багато чого змінила пандемія, але в цілому все досить добре. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Аптека зникла вже давно. Хорошу м’ясну крамницю замінили на „Duży Ben”, що, на мою думку, є скандалом. Під гуртожитками „Kredka”, „Ołówek” також були непогані магазини, за якими сумуємо. Серед іншого, там була канцелярська крамниця. 

Єжи К. Кос: Так, то була дуже хороша канцелярія. Також був дешевий пункт ксерокопіювання. Здається, раніше було краще. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Так, то був час, 90-ті та початок 2000-х років, коли ще працював ранній капіталізм і існували локальні, сімейні роздрібні підприємства. Зараз все це замінили мережі. Зараз їх повністю замінили мережі. Натомість у нашому районі, на місці колишньої їдальні Політехніки, про яку я згадувала, тепер знаходиться, як кажуть, культова тайська ресторація — хоч ми самі туди не ходимо. Є тут і великий продуктовий „Carrefour”, але той симпатичний місцевий колорит зник.  Za to w okolicy, w miejscu dawnej stołówki Politechniki, o której  wspominałam, mamy kultową ponoć, tajską restaurację, do której my co prawda nie chodzimy. Ця місцевість була і залишається прикладом „15-хвилинного міста”. Колись всі знали одне одного, але зараз ті привітні власники кафе й крамниць, з якими ми спілкувалися «по-домашньому», зникли. Мережеві магазини більш безликі, а продавці, які часто змінюються, навіть не намагаються вибудовувати стосунки з клієнтами.

Александра Подлейска: Чи тісні тут сусідські стосунки?

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Так, хоча в нашій кам’яниці відбулася зміна поколінь….

Александра Подлейска: Чи знаєте Ви, якими були польсько-німецькі відносини тут?

Єжи К. Кос:  До нас приходив довоєнний мешканець цієї квартири. Це було 30 років тому…

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Ми запросили його до себе, і він розповів нам, як тут жилося та звідки його родина прибула до Вроцлава. Батько цього пана був інженером-гідротехніком. Його відрядили із Вестфалії спочатку до Квідзина [Kwidzyn], а потім – до Вроцлава, де він працював на будівництві Глівіцького каналу (тодішнього Адольф-Гітлер-Каналу). Він був протестантом, а мати – католичкою. Тож ми дізналися цікаву історію про релігійні відносини в довоєнному Бреслау. Коли його мати приїхала до Вроцлава, то відчула тут католицьку атмосферу й захотіла знову ходити до  храму. Але для цього їй потрібен був дозвіл чоловіка – щоб повернутися „у лоно костелу. Можливо, вони взяли протестантський шлюб, тому це було так необхідно. Та її чоловік не хотів давати згоди – адже для цього треба було йти до єпархії, а він заявив, що ніколи не ступить на Острів Тумський [Ostrów Tumski], щоб поставити якийсь підпис. Тоді кардинал Бертрам сам прийшов до їхньої квартири. Усі сіли на балконі, випили кави, і кардинал умовив чоловіка таки дати згоду. Так було укладено „релігійну угоду”. Одна з таких цікавих історій, якою він з нами поділився. Це одна з таких цікавих історій, яку нам розповів пан.  Він вивчав тут математику в університеті. На жаль, в останній рік війни його призвали в армію, він опинився на сході. Кінець війни застав його у Східній Прусії, в останній момент він опинився в російському полоні, з якого не вийшов до травня 1945 року, його перевезли до Москви, де він будував будинок, в якому, подейкують, пізніше жив Сахаров

Єжи К. Кос:  Йому дуже пощастило. Він розповідав, що в Москві вони жили в наметах, росіяни казали їм, яку кору жувати, щоб не захворіти на цингу, що їсти. Потім він повернувся до Західної Німеччини і жив у Берліні.

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Розповідав таку сумну історію про те, як родині сказали евакуюватися звідси. Це було в січні. Для чиновників на Одрі був пришвартоване судно. Родина поїхала звідси, а мати на півдорозі повернулася, щоб перевірити, чи добре вона замкнула квартиру. Після цього вони більше сюди не поверталися. Ось така правдива історія про долю колишніх мешканців. У будь-якому випадку, розмова з цим паном була дуже приємною.  

Александра Подлейска: Що для вас є символом цього району?

Єжи К. Кос: Гадаю, це недалеке узбережжя Старої Одри, колишня вул. Hatzfeldweg з її дубами. Це щось особливе, і, до речі, там є чудова велосипедна доріжка, хоча вона вже виходить за межі мікрорайону. 

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Я б сказав, що довоєнною знаковою пам’яткою для мене є університетська дільниця з будівлями політехніки, а також колишній університет, адже „Kliniki” і сьогоднішній головний корпус Університету природничих наук на вулиці Norwida були частиною факультету медицини та сільського господарства Вроцлавського університету. З іншої сторони, післявоєнними іконами, безсумнівно, є хмарочоси Грабовської-Хавриляк.

Александра Подлейска: А які ваші улюблені місця у районі? Чи вони співпадають з щойно згаданими?

Єжи К. Кос:  Берег Одери, особливо якщо в поєднанні з велосипедом. Це чудове місце з виїзним маршрутом, який веде з Вроцлава в сторону Ополе, а то й взагалі можна здійснити поїздку до Верхньої Сілезії.

Аґнєшка Заблоцка-Кос: Так, берег Одри, любимо гуляти. Також цвинтар на вул. Bujwida, де поховані наші родичі. До речі, у нас вже є власний надгробок, тож ми обов’язково залишимося тут….Єжи К. Кос:  …на деякий час.


Розмова відбулася завдяки фінансуванню Фонду EVZ у рамках програми «local.history» та проекту «Plac Grunwaldzki – untold story». #SupportedByEVZ