[ПРОКРУТИТИ ВНИЗ ДЛЯ УКРАЇНСЬКОЇ ВЕРСІЇ]
Aleksandra Podlejska: W jaki sposób jest Pan związany z osiedlem Plac Grunwaldzki?
Tomasz Paskos: Mieszkam od urodzenia, czyli od 1951 roku w okolicy — na Sępolnie. Mimo że mam greckie korzenie, jestem Polakiem i Wrocławianinem. Przez 14 lat mieszkałem w Grecji, ale wróciłem tutaj na stałe w 2000 roku, kiedy moja mama zmarła i ojciec został sam. Wróciłem na Sępolno i nie zmieniam tego miejsca, bo jest najlepsze.
Wspomniał Pan o greckich korzeniach, jak to się stało, że urodził się Pan i wychował właśnie tutaj?
Moi rodzice wyemigrowali do Wrocławia w 1949 roku, ponieważ w tym czasie w Grecji trwała wojna domowa. Tutaj się poznali, wzięli ślub i tutaj urodziliśmy się ja i mój brat, z tym, że ja mieszkam nadal we Wrocławiu, a brat jest w Grecji. Moja córka i moje wnuki również tam są, ponieważ w 1988 roku, kiedy córka miała 14 lat zabrałem ją tam do siebie. Zapuściła w Grecji korzenie i od tego czasu się stamtąd nie rusza.
Ale Pana rodzice nie zdecydowali się na powrót do Grecji?
Nie. Moja mama była w Grecji, ojciec nie chciał jechać. Był tak ambitnym i dumnym człowiekiem, że nie chciał nachodzić rodziny, ani upominać się o ojcowiznę. Kiedy ja postanowiłem odwiedzić krewnych, nie był zbyt zadowolony, mimo że nie miałem zamiaru poruszać kwestii majątkowych, a jedynie spotkać rodzinę. Mama natomiast dwukrotnie odwiedziła miejsce, z którego pochodzi.
Wychowywał się Pan na Sępolnie, ale czy w dzieciństwie odwiedzał Pan Plac Grunwaldzki i pamięta może, jak wówczas wyglądał?
Tak naprawdę ciągle bywałem na Placu Grunwaldzkim, ponieważ przez dwa lata jeździłem do szkoły greckiej przy ulicy Worcella. Tam woziła nas, mnie i mojego brata, mama, a czasami wujek lub ciotka. To jednak był kawałeczek drogi, więc trzeba było poruszać się tramwajem. Dojeżdżaliśmy do Krasińskiego i stamtąd szliśmy na nogach. Oprócz tego, że codziennie przejeżdżaliśmy przez osiedle to pamiętam też, że zawsze stacjonował tam cyrk. Często do niego jeździliśmy. Niedaleko były też różne stoiska handlowe, a na samym placu, w miejscu dzisiejszej galerii handlowej, niedaleko Szczytnickiej mieścił się targ. Przez długi czas regularnie tam jeździliśmy, aż do momentu, w którym zaczęto budować Pasaż. Szkoda, bo można było tam dostać naprawdę bardzo dużo fajnych rzeczy. Jak to mówią, szwarc, mydło i powidło — wszystko można było tam kupić. Wybieraliśmy się na targ zawsze z mamą. Bardzo lubiłem te wyprawy. Czasami jeździliśmy też do Hali Targowej, tam kupowaliśmy przede wszystkim mięso i zboża, ponieważ mieliśmy kilka kurek i gołębie. Sępolno było w tamtym czasie jak gdyby małą wioseczką. Na podwórkach mieliśmy własne ogródki oraz zwierzęta, jak kury, kaczki, czy króliki. Nikomu to nie przeszkadzało, a zawsze można było mieć świeże jajko. Z czasem to się oczywiście zmieniło i trzeba było to zlikwidować. Zostały jedynie ogródki, w których uprawialiśmy warzywa. Wspominam ten czas dzieciństwa bardzo mile. Teraz dużo się zmieniło, ale została zieleń, spokój i cisza. Oczywiście samochody również tam jeżdżą, ale nie jest tak gwarno jak tutaj na samym Placu Grunwaldzkim.
Czy poza wizytami na targowisku, spędzał Pan czas na Grunwaldzie?
Kiedy jako młody chłopak poznawałem jakąś dziewczynę to się tu przyjeżdżało. Na osiedlu były też studenckie akademiki, m.in. Teki — budynki Politechniki od T1 do T4 i Dwudziestolatka. Wraz z kolegami mieliśmy zespół i graliśmy właśnie w Dwudziestolatce na zabawach. A oprócz tego chodziło się na dyskoteki, m.in. do wspomnianych Teków. Pamiętam zresztą jak je budowano i że do prac zaangażowano więźniów z zakładów karnych.
Budynki „T” były również po drugiej stronie placu Grunwaldzkiego, w okolicach ulicy Łukasiewicza. Tam było T5, w którym bywał mój kolega, więc ja również tam chodziłem. Był też akademik Bliźniak, do którego się wybieraliśmy. Na Placu Grunwaldzkim miałem dwie dziewczyny, więc często tutaj bywałem. W Dwudziestolatce na kuchni pracowały dziewczyny z technikum gastronomicznego, które odbywały tam praktykę. Przyjeżdżaliśmy do nich w odwiedziny z kolegą. Było bardzo fajnie. Najwięcej czasu na osiedlu spędzałem jednak właśnie przyjeżdżając tutaj z mamą na zakupy. Oprócz warzyw i innych spożywczych produktów na targowisku kupowaliśmy też ubrania, czy rzeczy potrzebne do domu, m.in. środki czystości. To wszystko można było znaleźć na tym placyku. Ludzie bardzo żałowali, że został on zlikwidowany, bo był naprawdę bardzo fajny.
Później, kiedy byłem starszy, byłem zatrudniony jako kierowca w spółdzielni ogrodniczej i w budynku przy skrzyżowaniu ulic Grunwaldzkiej i Piastowskiej, w miejscu, w którym obecnie jest Kasa Stefczyka mieścił się cocktailbar, do którego dowoziłem towar. Tak więc przez lata wszystko odbywało się właśnie na Placu Grunwaldzkim.
Wspomina Pan cocktailbar i targowisko, których na Grunwaldzie już nie ma. Czy jeszcze jakieś miejsca, które Pan pamięta zniknęły z mapy osiedla? I czy brakuje ich Panu?
Brakuje przede wszystkim tego cocktailbaru. Brakuje też tego miejsca, w którym był cyrk, a oprócz niego różne huśtawki i karuzele, taki park zabaw dla dzieci i młodzieży. To był potężny plac, który teraz jest zabudowany [miejsce gmachu Grunwaldzki Center]. Wcześniej aż do ulicy Norwida to było puste pole. Wydaje mi się, że oprócz cyrku, odbywał się tam też handel, ale w mniejszej skali. Grunwald to dla mnie przede wszystkim te trzy rzeczy: cocktailbar, cyrk i targowisko. Było tu bardzo fajnie. Na wspomnianych karuzelach człowiek mógł się pobawić i wyszaleć, bardzo dobrze się tutaj czułem. Korzystanie z tych atrakcji to były tak naprawdę groszowe sprawy. Nie potrzeba było wiele pieniędzy. Teraz, kiedy człowiek chce zabrać dzieci na tego typu atrakcje, czy nawet pójść z nimi do ZOO, potrzebuje większych kwot. A skoro o ZOO mowa, to pamiętam, że przy Moście Zwierzynieckim była Przystań Zwierzyniecka, którą niestety zlikwidowano. Powstały za to dwie inne — jedna przy Hali Targowej i druga przy katedrze. Ale to nie jest to. Z Przystani Zwierzynieckiej organizowano wycieczki, które trwały naprawdę długo i miały ciekawe trasy. Teraz takie wycieczki są o wiele krótsze i mniej atrakcyjne. Nie tak daleko od osiedla, a bliżej Sępolna, czyli na Wyspie Opatowickiej organizowano też kiedyś dużo koncertów. Teraz w tej okolicy, w zasadzie przy każdym brzegu urządzono stoiska z jedzeniem i piciem i głównie na tym opiera się funkcjonowanie tego miejsca.
Czy w takim razie kiedyś na Placu Grunwaldzkim i w jego okolicach działo się więcej niż teraz?
Zdecydowanie tak. Wydaje mi się, że działo się o wiele więcej. Mimo że człowiek był zapracowany, zajęty domem, dziećmi, pracą, uprawianiem ogrodu, to w soboty i niedziele z przyjemnością znajdował czas na te różne atrakcje, których było dużo. Szczególnie w niedziele — po śniadaniu wybieraliśmy się zobaczyć co dzieje się na Placu Grunwaldzkim. Najczęściej atrakcją było wspomniane wesołe miasteczko, czy cyrk i choć to były stałe elementy tego miejsca to nigdy się nie nudziły. Zawsze można było fajnie spędzić tutaj czas.
Wspomniał Pan o tym, że we Wrocławiu istniała grecka szkoła, do której Pan uczęszczał, więc społeczność Greków była w mieście dość znaczna, prawda? Jak funkcjonowała ona w mieście?
Tak, w tamtym czasie w ogóle w Polsce było bardzo dużo Greków, również we Wrocławiu. Przy ulicy Hubskiej jeden z siedmiopiętrowych bloków zamieszkały był w całości przez Greków. Tam często spotykała się ta społeczność, a najczęściej integrowała się na placu Wolności, gdzie w budynku pod numerem 4 był klub grecki. Tam właśnie się spotykano, niektórzy przyjeżdżali nawet specjalnie z innych części Polski, najwięcej osób z Legnicy, Bogatyni, Bielawy, Jeleniej Góry, a także ze Zgorzelca. Do tej pory w Zgorzelcu Grecy pozostają aktywni, jest tam organizowany Festiwal Grecki. We Wrocławiu przy ulicy Ruskiej nadal funkcjonuje klub grecki, chociaż sam tam nie bywam, bo nie działa to już tak, jak kiedyś. Dawniej, na placu Wolności spotykało się dużo członków greckiej społeczności. Pamiętam, że w pomieszczeniu na dole była salka, w której można było grać w szachy oraz różne greckie gry. Była też świetlica, w której odbywały się koncerty i zabawy. Człowiek mógł się tam rozerwać.
Czy na samym Placu Grunwaldzkim i w jego najbliższych okolicach również mieszkało dużo Greków?
Nie. Na Biskupinie mieszkały chyba trzy rodziny greckie, a na Sępolnie dwie, czyli my i ciotka z wujkiem i kuzynostwem. Wszyscy trzymaliśmy się razem i znaliśmy się, jak łyse konie. Często się odwiedzaliśmy. Chodziliśmy też razem do greckiej szkoły na Worcella, chociaż tam byliśmy tylko dwa lata. Później rozeszliśmy się do innych placówek, ponieważ nastąpiła rejonizacja. Ja poszedłem do szkoły nr 66, ale na krótko, bo później przeniesiono nas do szkoły nr 32 na Sępolnie. Z czasem ją zlikwidowano i ostatecznie chodziłem do szkoły nr 45, która istnieje do dzisiaj. Rano zakładałem tornister na plecy i szedłem sam na lekcje, bo wcześniej rodzice nie odprowadzali nas, tak jak to jest teraz. Mówili tylko, żeby uważać i szliśmy.
Jak wyglądały relacje polsko-greckie?
Zawsze był między nami szacunek. W szkole nie było żadnych problemów, a gdyby jakiś zaistniał to nauczyciel od razu by zareagował. Wszyscy byliśmy tacy sami. Nie było podziału na Polaków, Greków, Ukraińców, czy Turków.
Jak z biegiem lat zmienił się Plac Grunwaldzki?
Na pewno zmieniła się zabudowa. Niektóre ze starych domów wyremontowano. Kiedyś nie było tylu samochodów, więc zabudowa nie niszczyła się i nie brudziła tak szybko przez spaliny, których teraz jest więcej. Niektóre kamienice wyburzono, powstały nowe. Politechnika Wrocławska dużo wybudowała w tej okolicy. Bardzo ładnie została wyremontowana ulica Norwida. Coś niesamowitego. Ocieplono budynki, ale odtworzono ich oryginalny wygląd. Pięknie to wygląda. Trochę to trwało, ale efekt jest piękny. Powoli, powoli remontują się też inne kamienice, choć jeszcze dużo jest bardzo zaniedbanych. Obecnie Szczytnicka, która przez wiele lat była zaniedbana jest w remoncie. To dobrze, bo była zupełnie zrujnowana, nie dało się nią praktycznie przejechać.
Wcześniej był tu już i jest nadal zespół Klinik. Kiedyś, jako dziecko leżałem w jednym z oddziałów, które się tam znajdowały. Dość mocno się zatrułem będąc w szkole i nauczyciel mnie wypuścił, żebym sam poszedł do domu. Czułem się tak źle, że nie byłem w stanie wrócić i w pewnym momencie przewróciłem się w okolicach ulicy Krasińskiego, w pobliżu Poczty Głównej, na hałdzie gruzów pozostałych po zburzonym domu. Na szczęście z okien pobliskiego budynku zauważyli mnie jacyś ludzie i wezwali pogotowie. Wtedy właśnie leczyłem się w Klinikach. Wiele zmieniło się na Placu Grunwaldzkim i na pewno jest mi przykro, że nie ma tego, co było kiedyś. Wiadomo, że wszystko się rozbudowuje, technologia idzie do przodu. Faktycznie pięknie to wygląda, Plac jest ładny, to trzeba przyznać, ale nie ma tej atmosfery, która była kiedyś. Dawniej ludzie się tu spotykali, zarówno znajomi, jak i zupełnie obcy ludzie chętnie ze sobą rozmawiali, spędzali czas. Dzieciaki bawiły się z sobą nie tylko na wspomnianych huśtawkach, czy karuzelach, ale grały np. w piłkę, a rodzice w tym czasie rozmawiali. Teraz dzieci nie bawią się tak chętnie na podwórkach, częściej spędzają czas w domu, przed komputerami. Wcześniej ciężko było wezwać dziecko do domu, teraz jest trochę na odwrót. To jak zmienił się sam plac Grunwaldzki, w centrum, niezbyt mi się podoba, ponieważ moim zdaniem to obszerne rondo jest potrzebne tak, jak rybie ręcznik. Myślałem, że w inny sposób rozwiążą problem tego skrzyżowania. Miało być ono bezkolizyjne, więc wyobrażałem sobie, że przejazd od Mostu Grunwaldzkiego do Szczytnickiego poprowadzony zostanie pod ziemią, natomiast reszta ponad, a pozostałe objazdy będą bezkolizyjne. Niestety zrobiono to tak jak zrobiono i nie podoba mi się to. Zmieniło się również to, że nie ma targowiska, o którym opowiadałem. Pamiętam, że funkcjonowało ono długo, nawet w momencie kiedy ruszyły prace nad galerią, z tyłu wciąż jeszcze odbywał się handel. Później całkowicie zamknięto targ. Kiedyś na placu stała dosłownie budka na budce i wszyscy sprzedawcy dobrze prosperowali.
Brakuje w okolicy substytutu targowiska, np. warzywniaków, czy małych sklepów?
Tak, tutaj brakuje. Teraz korzysta się przede wszystkim z supermarketów, które są też w Pasażu, ale to nie jest to samo. Te świeże warzywa i owoce były niesamowite, innej jakości, wręcz śmiały się do człowieka, kiedy na nie spojrzał, to co można znaleźć w marketach zupełnie ich nie przypomina.
Która ze zmian zaszłych na osiedlu wywarła na Panu największe wrażenie?
Nowe budynki na pewno zmieniły tę okolicę, czy Pasaż Grunwaldzki, czy budynek Grunwaldzki Center naprzeciwko. Większość gmachów, które to powstały to wieżowce. Wcześniej dużą zmianą było powstanie trzech wieżowców przy Moście Grunwaldzkim [wrocławski Manhattan]. Nie było to moim zdaniem zbyt ładne, tym bardziej, że na początku były szare. Teraz te budynki się rozjaśniły, zostały odremontowane, więc wyglądają trochę lepiej. Mieszkania tam można było kupić kiedyś tylko za dolary.
Powstanie Sedesowców było pewną sensacja?
Tak, to było coś niespotykanego. Niektórzy ludzie narzekali, inni chwalili. Zawsze zdania na takie tematy będą podzielone. Jedni uważali je za ciekawe, nowoczesne, inni zwracali uwagę na małe okienka, które z zewnątrz mogą wydawać się niepraktyczne.
Czy miał Pan na tym osiedlu swoje ulubione miejsca?
Tak w zasadzie to tylko te miejsca, w których mieszkali moi koledzy i koleżanki. Często się spotykaliśmy, zazwyczaj u kogoś w domu. Nierzadko robiliśmy to w czasie lekcji, kiedy szliśmy na wagary. Było fajnie i wesoło. Po okolicy raczej nie chodziliśmy, bo nie było za bardzo gdzie. Jeśli już to wsiadaliśmy w tramwaj i jechaliśmy do Parku Szczytnickiego albo kierowaliśmy się w stronę ZOO. Woleliśmy jednak siedzieć w domu, rozmawiać, pograć w karty, czy inne gry. Rozstawaliśmy się około godziny trzeciej, kiedy rodzice wracali z pracy i nie chcieliśmy, żeby zorientowali się, że nie było nas w szkole. Potem, kiedy byliśmy starsi chodziliśmy na okoliczne dyskoteki, o których mówiłem. Wtedy człowiek, kiedy dostał 20 złotych mógł opłacić wyjście sobie i dziewczynie i jeszcze mu zostało. To były naprawdę groszowe sprawy.
Co jest dla Pana ikoną tego osiedla?
W tej chwili, takim najbardziej charakterystycznym miejscem, które mi tutaj zostało, oprócz Teków, o których opowiadałem, to stary, piękny gmach Politechniki przy Moście Grunwaldzkim. To jest dla mnie najbardziej okazały element tego miejsca. Gdybym miał komuś wytłumaczyć, jak dostać się na Plac Grunwaldzki, to powiedziałbym, że kiedy zobaczy ten budynek, to znaczy, że jest na miejscu. Podoba mi się ten budynek i stoi tu już wiele lat. Kiedy byłem mały już istniał. Podoba mi się też inny, bardzo stary gmach Politechniki, ten przy Wybrzeżu Wyspiańskiego. Jest dobrze utrzymany. Pamiętam też, że w tym gmachu była stołówka, w której co niedziele można było zrobić zakupy elektroniczne. Kiedyś niestety napadnięto ludzi, którzy przywozili i sprzedawali ten sprzęt, ponieważ były to drogie rzeczy i okradziono ich. Z czasem ten niedzielny handel powoli ustał. Potem przeniesiono to na ulice Tęczową, Robotniczą i Na Niskich Łąkach. Wszystko to również zlikwidowano. Obecnie elektronikę można kupić na targowisku „Na Młynie„. Nie jest to to samo co organizowano tu na Wyspiańskiego, ale jest tam podobnie.
Co jeszcze Pana zdaniem powinno zmienić się na osiedlu?
Przede wszystkim bardzo dobre byłoby przywrócenie tego placyku targowego, chociaż teraz nie ma gdzie. Powstał nie tylko Pasaż, ale zaraz za nim też budynek Nobilis, wybudowano nową bibliotekę, poza tym jest tam też stacja benzynowa, więc nie ma miejsca na targ. Można by jednak przywrócić go w mniejszej formie, może w innym miejscu. Chodzi przede wszystkim o to, żeby na osiedlu były znów dostępne świeże warzywa i owoce i to, co sprzedawano tutaj kiedyś. Niestety myślę, że to już było i się nie powtórzy. Niedaleko, przy placu Wróblewskiego był kiedyś podobny targ, chociaż mniejszy i sprzedawano na nim przede wszystkim ubrania. Obecnie w jego miejscu stoją dwa nowe biurowce. Deweloperzy wykupują każdy wolny kawałek ziemi. U nas na Sępolnie również powstaje coraz więcej nowych budynków i osiedli. Z dzieciństwa pamiętam, że tam nic nie było. Stały nasze domy, a poza tym były pola, łąki na których wypasały się krowy i kozy, pola z truskawkami. Z czasem to zaczęło się zabudowywać. Owszem, powstałe tam osiedla są ładne. Dobrze, że w tamtej okolicy pozostał bazarek, który jest pomocny. Są oczywiście markety, ale jest naprawdę dużo osób, które wolą dopłacić kilka złotych, ale kupić sprawdzone produkty, ponieważ wiadomo, że na bazarku codziennie jest świeży towar. Wydaje mi się, że ludzie chcą takich miejsc i na pewno wiele osób żałuje, że na placu Grunwaldzkim już tego nie ma. Być może jakimś wyjściem byłoby zorganizowanie takiego handlu w podziemiach, ale to wiązałoby się z dużymi kosztami, stworzeniem lokali pod wynajem i nie byłoby to samo. Kiedyś na Zielińskiego też był duży targ, który zlikwidowano na rzecz Pasażu. Obecnie istnieje jeszcze targ na Biskupinie. Niestety sprzedawcy nie byli w stanie płacić czynszu, wielu z nich zbankrutowało i obecnie niewiele się tam dzieje. Największym marzeniem byłoby dla mnie, gdyby wróciła na Plac Grunwaldzki namiastka tego, co było dawniej, żeby wrócił tamten czas.
Rozmowa zrealizowana dzięki dofinansowaniu ze środków Fundacji EVZ w ramach programu “local.history” i projektu „Plac Grunwaldzki – nieopowiedziana historia”. #SupportedByEVZ
Томаш Паскос
Александра Подлейска: Яким саме чином Ви пов’язані з мікрорайоном Площа Грунвальдська [Plac Grunwaldzki]?
Томаш Паскос: Я живу в цій околиці від народження – з 1951 року – у районі Сепольно [Sępolno]. Хоча й маю грецьке коріння, я поляк і вроцлав’янин. Чотирнадцять років я провів у Греції, але повернувся сюди назавжди у 2000-му, коли померла моя мати, а батько залишився самотній. Оселився знову на Сепольно – і не збираюся міняти цю оселю, бо тут найкраще.
Александра Подлейска: Ви згадали про своє грецьке коріння, як так сталося, що Ви народилися і виросли тут?
Томаш Паскос: Мої батьки емігрували до Вроцлава в 1949 році, тому що в той час у Греції була громадянська війна. Там вони познайомилися, одружилися і там народилися я і мій брат, за винятком того, що я досі живу у Вроцлаві, а мій брат – у Греції. Моя дочка і мої онуки також там, тому що в 1988 році, коли моїй дочці було 14 років, я забрав її туди, щоб вона жила зі мною. Вона пустила коріння в Греції і відтоді не виїжджала звідти.
Александра Подлейска: Але ваші батьки не вирішили повернутися до Греції?
Томаш Паскос: Ні. Мама була в Греції, батько не захотів їхати. Він був настільки амбітною і гордою людиною, що не хотів втручатися в родину і претендувати на батьківське майно. Коли я прийняв рішення відвідати родичів, він був не надто задоволений, хоча я не мав наміру піднімати майнові питання, а лише хотів познайомитися з родиною. Моя мати, з іншого боку, двічі відвідувала місце свого походження.
Александра Подлейска: Ви виховувались на Сенпольно, але чи бували ви на площі Грунвальдській у дитинстві і чи пам’ятаєте, як вона тоді виглядала?
Томаш Паскос: Так, я постійно тоді бував на пл. Грюнвальдській. Два роки я їздив до грецької школи на вул. Worcella. Туди нас підвозила мама, а іноді дядько чи тітка. Це була довга дорога, тому ми пересідали на трамвай. Ми доїжджали до вулиці Krasińskiego, звідти йшли пішки. Крім того, що ми щодня проїжджали через мікрорайон, я також пам’ятаю, що там завжди був цирк. Ми часто туди ходили. Поблизу також були різні торгові ряди, а на самій площі, на місці сьогоднішнього торгового центру, недалеко вул. Szczytnicka розташовувався базар. Ми регулярно ходили туди довгий час, поки не почали будувати „Pasaż”. Жаль, оскільки там можна було б придбати багато дійсно файних речей. Як то кажуть, „від голки до арбуза” все було. На базар ми завжди ходили з мамою. Мені дуже подобалися ці поїздки. Іноді ми також їздили до Hala Targowa, де купували переважно м’ясо та крупи, бо мали кілька курей і голубів. У той час Сепольно було схоже на маленьке село. У нас були власні городи, а на подвір’ях – кури, качки та кролики. Це нікому не заважало, ви завжди могли мати свіже яйце. З часом, звичайно, це змінилося, і це довелося скасувати. Залишилися лише городи, де ми вирощували овочі. Я дуже добре пам’ятаю той час свого дитинства. Зараз багато чого змінилося, але залишилися зелень, тиша і спокій. Звичайно, там теж їздять машини, але не так гамірно, як тут, на самій Грунвальдській площі.
Александра Подлейска: Окрім відвідин базару, як Ви проводили час на Грунвальді [Grunwald]?
Томаш Паскос: Коли, будучи молодим хлопцем, знайомився з дівчиною, їздили сюди На території мікрорайону також були студентські гуртожитки, зокрема „T1”, „Т4” i „Dwudziestolatka”. У нас з друзями був гурт, ми грали в „Dwudziestolatka” на вечірках. А крім того, ми ходили на дискотеки, в тому числі до вищезгаданих „теків”. До речі, пам’ятаю, як їх будували і що до роботи залучали ув’язнених.
„Теки” стояли і по інший бік площі Грунвальдської, біля вул. Łukasiewicza. Там був „Т5”, куди ходив мій друг, тому я теж туди приходив. Там же був гуртожиток „Bliźniak”, куди ми навідувалися. У мене було дві дівчини на Площі Грунвальдській, тож я часто тут бував. У „Dwudziestolatka” на кухні працювали дівчата з технікуму харчової промисловості, які проходили там практику. Ми з колегою приходили до них в гості. Було файно. Однак більшу частину свого часу в мікрорайоні я проводив, приїжджаючи сюди з матір’ю за покупками. Окрім овочів та інших продуктів харчування, ми також купували на ринку одяг або речі, необхідні для дому, наприклад, миючі засоби. Все це можна було знайти на цій площі. Людям було прикро, що його закрили, адже він був дійсно доволі непоганий.
Пізніше, коли я став дорослішим, працював водієм у садівничому кооперативі, а в будинку на перехресті вул. Grunwaldzka i Piastowska,де зараз „Kasa Stefczyka”, знаходився коктейль-бар, куди я доставляв товари. Тож роками все відбувалося на Площі Грунвальдській.
Александра Подлейска: Ви згадали про коктейль-бар і базар, яких на Грунвальді більше немає. Чи є ще якісь місця, які Ви пам’ятаєте, які зникли з карти району? І чи бракує вам їх?
Томаш Паскос: Не вистачає насамперед коктейль-бару. Також не хватає того місця, де колись був цирк, крім різних гойдалок і каруселей, такий собі ігровий парк для дітей і молоді. То була величезна площа, яка зараз забудована [на місці будівлі „Grunwaldzki Center”]. До того, аж до вулиці Norwida, було пусте поле. Думаю, крім цирку, там також була торгівля, але в менших масштабах. Для мене Грунвальд – це три головні речі: коктейль-бар, цирк і ринок. Тут було дуже класно. На вищезгаданих каруселях людина могла розважитися і відірватися, відчував себе тут дуже комфортно. Користування цими атракціонами коштувало фактично копійки. Не потрібно було багато грошей. Тепер, коли хтось хоче повести своїх дітей на такі атракціони, або навіть піти з ними до зоопарку, йому потрібно більше грошей. Говорячи про зоопарк, я пам’ятаю, що раніше біля Звежинецького мосту [Most Zwierzyniecki] була пристань для човнів [Przystań Zwierzyniecka], яку, на жаль, закрили. Натомість було збудовано дві інші – одну біля „Hala Targowa”, а іншу біля Катедри. Але це ще не все. Колись з пристані [Przystań Zwierzyniecka] проводилися екскурсії, які тривали дійсно довго і мали цікаві маршрути. Зараз такі екскурсії набагато коротші і менш захоплюючі. Не так далеко від мікрорайону, але ближче до Сепольно, на острові Опатовіцка [Wyspa Opatowicka], раніше відбувалося багато концертів. Зараз у цій місцевості практично на кожному березі встановлені кіоски з їжею та напоями, саме на це в основному і розраховує місце проведення концертів.
Александра Подлейска: Якщо так, то чи відбувалося колись на Грунвальдській площі та навколо неї більше подій, ніж зараз?
Томаш Паскос: Так, безумовно. Здається, тоді відбувалося набагато більше. Хоч люди й були зайняті роботою, доглядом за домом, дітьми, городом, але у вихідні завжди знаходили час для розваг, яких було чимало. Особливо у неділю – після сніданку ми зазвичай вирушали подивитись, що відбувається на Грунвальдській площі. Найчастіше атракцією був вищезгаданий ярмарок або цирк, хоча це були постійні атрибути місця, вони ніколи не були нудними. Тут завжди можна було весело провести час.
Александра Подлейска: Ви згадали, що в Вроцлаві була грецька школа, до якої ви ходили, а отже, грецька громада була досить значною в місті, чи не так? Як вона функціонувала в місті?
Томаш Паскос: Так, на той час у Польщі загалом було багато греків, у Вроцлаві також. На вулиці Hubska один із семиповерхових будинків був повністю населений греками. Саме тут громада часто зустрічалася, а найчастіше інтегрувалася на площі Свободи [plac Wolności], де в будинку під номером 4 був грецький клуб. Саме тут відбувалися зустрічі, дехто навіть спеціально приїжджав з інших частин Польщі, найбільше людей з Лєґніци, Богатині, Бєляви, Єлєної Ґури, а також зі Зґожельца. Досі у Зґожельці греки не втрачають активності, там проходить грецький фестиваль. У Вроцлаві, на вул. Ruska досі існує грецький клуб, щоправда, до нього я сам не ходжу, бо там уже не працює все так, як колись. Раніше багато членів грецької громади зустрічалися на площі Свободи. Пам’ятаю, що внизу була кімната, де можна було пограти в шахи та різні грецькі ігри. Також була загальна зала, де відбувалися концерти та ігри. Там можна було добре провести час.
Александра Подлейска: Чи багато греків мешкало безпосередньо на Грунвальдській площі та в її околицях?
Томаш Паскос: Ні. Здається, у Біскупіні жило три грецькі сім’ї, а в Сепольно – дві, а саме: ми, моя тітка з дядьком і двоюрідними братами та сестрами. Ми всі трималися разом і знали один одного, як свої п’ять пальців. Ми часто ходили один до одного в гості. Ми також ходили разом до грецької школи на вул. Worcella, хоча провчилися там лише два роки. Пізніше ми розділилися і пішли до інших шкіл, тому що було районування. Я ходив до школи № 66, але недовго, бо потім нас перевели до школи № 32 на Сепольно. Згодом її ліквідували, і врешті-решт я пішов до школи № 45, яка існує донині. Вранці вішав ранець на спину і йшов сам на уроки, тому що раніше батьки не супроводжували нас, як це роблять зараз. Вони просто казали нам бути обережними, і ми йшли.
Александра Подлейска: Якими були польсько-грецькі відносини?
Томаш Паскос: Між нами завжди була повага. У школі не було ніяких проблем, а якщо якісь виникали, вчитель одразу реагував. Ми були всі однакові. Не було поділу на поляків, греків, українців чи турків.
Александра Подлейска: Як змінилася Площа Грунвальдська за ці роки?
Томаш Паскос: Безперечно, забудова змінилася. Частину старих будинків відреставрували. Раніше не було стільки автомобілів, тому фасади не так швидко руйнувалися і не бруднилися від вихлопних газів, яких зараз значно більше. Деякі кам’яниці знесли, на їх місці з’явилися нові споруди. Політехніка Вроцлавська багато чого збудувала в цій місцевості. Вулицю Norwid дуже добре відреставрували. Щось неймовірне. Будівлі утеплили, але при цьому повністю відтворили їхній історичний вигляд. Вийшло дуже гарно. Хоч роботи й зайняли багато часу, але результат вартий того. Повільно, але поступово ремонтують і інші кам’яниці, хоча багато з них досі перебувають у жалюгідному стані. Зараз нарешті ремонтують вул. Szczytnicka – і це добре, адже вона багато років була запущеною, майже повністю зруйнованою, і по ній було важко навіть проїхати.
Раніше тут уже існував (та й досі існує) комплекс „Klinik”. В дитинстві лежав в одній з палат. В школі сильно отруївся, і вчителька дозволила мені піти додому самому. Мені було так погано, що не міг повернутися назад, в якийсь момент я впав на вул. Krasińskiego, біля Головної пошти, на купу щебеню, що залишилася від знесеного будинку. На щастя, хтось помітив мене з вікон сусіднього будинку і викликав швидку допомогу. Саме тоді мене доставили до „Klinik”. На Грунвальдській площі багато чого змінилося, мені, звичайно, сумно, що вона вже не така, як раніше. Відомо, що все розростається, технології йдуть вперед. Насправді це виглядає красиво, площа гарна, варто визнати, але вона вже немає тієї атмосфери, яка була раніше. Раніше люди тут зустрічалися, знайомі і зовсім незнайомі радо спілкувалися і проводили час. Діти не лише гралися на гойдалках та каруселях, а й, наприклад, грали у футбол, поки батьки спілкувалися. У наш час діти не так охоче граються на подвір’ї, вони частіше проводять час вдома за комп’ютерами. Раніше важко було закликати дитину додому, тепер все трохи навпаки. Як змінилася сама Грунвальдська площа, в центрі, мені не дуже подобається, тому що, на мою думку, це велике кільцеве перехрестя потрібне, як рибі рушник. Я думав, що проблему цього перехрестя вирішать по-іншому. Передбачалося, що він буде безаварійним, тому я уявляв собі, що перехід від мосту Грунвальдського до мосту Щитницького буде прокладений під землею, а решта – над землею, і що інші об’їзди будуть безаварійними. На жаль, це було зроблено так, як було зроблено, мені це не подобається. Що також змінилося, так це те, що базар, про який я згадував, зник. Пам’ятаю, що він функціонував тривалий час, навіть коли почалися роботи з будівництва торгового центру, там все ще велася торгівля ззаду. Пізніше ринок закрили повністю. Раніше на площі був буквально кіоск за кіоском, і всі продавці процвітали.
Александра Подлейска: Чи є в цьому районі замінники такого базару, наприклад, овочеві та малі крамнички?
Томаш Паскос: Так, тут є дефіцит. Зараз в основному користуються супермаркетами, які також є в „Pasaż Grunwaldzki”, але це не те саме. Ті свіжі фрукти та овочі були дивовижними, іншої якості, вони навіть сміялися над людиною, коли вона дивилася на них, те, що ви знайдете на ринках, зовсім не схоже на них.
Александра Подлейска: Які зі змін у мікрорайоні вразили вас найбільше?
Томаш Паскос: Нові будівлі, безумовно, змінили район, чи то „Pasaż Grunwaldzki”, чи будівля „Grunwaldzki Center” навпроти. Більшість збудованих будинків – це висотки. Раніше великою зміною було будівництво трьох висотних будинків біля мосту Грунвальдського [вроцлавський Мангеттен]. На мою думку, це було не надто гарно, особливо тому, що спочатку вони були сірими. Зараз ці будинки посвітлішали, їх відремонтували, тож вони виглядають трохи краще. Раніше квартири там можна було купити лише за долари.
Александра Подлейска: Поява „Седесів” [Sedesowce – Manhattan] була певною сенсацією?
Томаш Паскос: Так, це було щось безпрецедентне. Хтось скаржився, хтось хвалив. На такі речі завжди будуть різні думки. Хтось вважав їх цікавими і сучасними, хтось вказував на маленькі вікна, які зовні можуть здатися непрактичними.
Александра Подлейска: Чи були у вас улюблені місця в мікрорайоні?
Томаш Паскос: По суті, це були лише ті місця, де жили мої друзі. Ми часто збирались, зазвичай у когось вдома. Нерідко це відбувалось під час уроків, коли ми прогулювали школу. Було весело і гарно. По самому району ми майже не гуляли – бо й не було куди. Якщо вже виходили, то сідали у трамвай і їхали до Парку Щитницького або ж до Зоопарку. Але частіше ми воліли просто сидіти вдома, розмовляти, грати в карти чи інші ігри. Розходились десь о третій годині – перед поверненням батьків з роботи, щоб ті не здогадались, що ми не були в школі. Потім, коли підросли, ми вже ходили на місцеві дискотеки, про які я розповідав. Тоді, коли в тебе було 20 злотих, ти міг оплатити вхід собі й дівчині, і ще залишались гроші. Це справді були копійки.cić wyjście sobie i dziewczynie i jeszcze mu zostało. To były naprawdę groszowe sprawy.
Александра Подлейска: Що ви вважаєте знаковим у цьому мікрорайоні?
Томаш Паскос: Зараз найбільш характерним місцем для мене тут, окрім уже згаданих „Теків”, є старий гарний корпус Політехніки біля Грюнвальдського мосту. Це найбільш вражаюча споруда в цій місцевості. Якби мені треба було пояснити комусь, як дістатись на Грюнвальдську площу, я сказав би: „Коли побачите цей будинок – ви на місці”. Мені подобається ця будівля, яка стоїть тут вже багато років. Вона була тут ще коли я був маленьким. Також мені подобається інший дуже старий корпус Політехніки – той, що на набережній Wyspiańskiego [Wybrzeże Wyspiańskiego]. Він добре збережений. Пам’ятаю, що в цьому корпусі була їдальня, де щонеділі можна було купити електроніку. На жаль, одного разу на людей, які привозили та продавали ці товари, напали – оскільки це були дорогі речі, їх пограбували. З часом цей недільний торгівельний ринок поступово зник. Потім його перенесли на вулиці Tęczowa, Robotnicza i Na Niskich Łąkach. Зараз електроніку можна купити на ринку „На Млині” („Na Młynie”). Хоча це не те саме, що колись організовували на Wyspiańskiego, але атмосфера схожа.
Александра Подлейска: Що ще, на вашу думку, варто змінити в мікрорайоні?
Томаш Паскос: Перш за все, було б дуже добре відновити цю базарну площу, хоча зараз там ніде. Мало того, що збудовано „Pasaż Grunwaldzki”, але й будівлю „Nobilis” одразу за ним, збудовано нову бібліотеку, а також заправку, тож місця для ринку немає. Однак його можна було б відновити в меншому вигляді, можливо, в іншому місці. Головне, щоб на території мікрорайону знову були доступні свіжі овочі та фрукти, і щоб тут продавали те, що колись продавали. На жаль, я думаю, що це вже сталося і більше не повториться. Неподалік, на площі раніше був подібний ринок, хоча й менший, де продавали переважно одяг. Зараз на його місці з’являються два нові офісні блоки. Забудовники скуповують кожну вільну ділянку землі. Тут, у Сепольно, також будується все більше і більше нових будинків і житлових масивів. Я пам’ятаю з дитинства, що там нічого не було. Стояли наші будинки, а за ними – поля, луки, де паслися корови і кози, поля з полуницями. З часом усе почали забудовувати. В принципі, житлові квартали, які там з’явилися, гарні. Добре, що в тій місцевості досі є ринок, це корисно. Звичайно, є маркети, але є дуже багато людей, які вважають за краще заплатити кілька злотих додатково, але купити перевірені продукти, тому що знають, що на базарі щодня є свіжі товари. Мені здається, що люди хочуть мати такі місця, і я впевнений, що багато хто шкодує, що на Грунвальдській площі їх більше немає. Можливо, одним із виходів було б організувати таку торгівлю в підземних переходах, але це пов’язано з великими витратами, створенням приміщень для оренди, це було б не те саме. На вул. Zielińskiego теж колись був великий базар, який закрили на користь „Pasaż Grunwaldzki”. Зараз на Біскупінi все ще існує ринок. На жаль, продавці не змогли платити за оренду, багато хто з них збанкрутував, і зараз там мало що відбувається. Моєю найбільшою мрією було б знову побачити те, що було на Грунвальдській площі, побачити, як повертається той час.
Розмова відбулася завдяки фінансуванню Фонду EVZ у рамках програми «local.history» та проекту «Plac Grunwaldzki – untold story». #SupportedByEVZ
