Mikrokosmos mojego dzieciństwa

Autor: Adam Wiktor Kisiel

Przez długi czas zastanawiałem się, dlaczego, chociaż spędziłem tam tylko pierwszych kilka lat swojego życia, Grunwald wciąż tkwi w moich myślach i sercu. I zrozumiałem to dopiero w 2010 roku, stojąc w korku na Moście Pokoju.

W bloku nr 4 na wrocławskim Manhattanie pojawiłem się w maju 1977 roku, a wyprowadziłem się stamtąd na przełomie lat 1982/83. Wydawało mi się dziwne, że zachowałem tak dużo wspomnień z tego wczesnego okresu życia. Może stało się tak, ponieważ były to „ciekawe czasy” stanu wojennego? Wszak jednym z moich najmocniejszych wspomnień jest widok „Bitwy Wrocławskiej”, którą obserwowałem z okna naszego mieszkania. Warkot helikoptera, transportery i oddziały ZOMO, gaz łzawiący i łapanka demonstrantów. W pamięci pięciolatka wydarzenie to zostawiło trwały ślad.

A może pamiętam tak dużo, bo mieszkałem w wyjątkowym miejscu? Dla mnie Grunwald znajdował się w sercu miasta, prawie w centrum, a jednak niezupełnie. Może chodziło o unikatową architekturę osiedla, położonego tu kampusu Politechniki Wrocławskiej czy Audytorium Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego? A może o interesujących ludzi, którzy żyli wokół mnie? 

W blokach Manhattanu szachty, w których biegły rury, pełniły dodatkowo rolę magistrali dźwiękowej. Zapewniała ona dostęp do odgłosów ze wszystkich łazienek znajdujących się w danym pionie.

Na początku moim terenem zabaw był korytarz w bloku, okalający windy i klatkę schodową. Ponieważ od zawsze byłem ruchliwym dzieckiem, szybko poznałem swoich sąsiadów. Tuż obok mieszkali państwo Jankowscy. Pan Wiktor, laryngolog, ratował mnie i moich rodziców, kiedy chorowałem. Piętro niżej mieszkał jego syn Adam z żoną Renatą, bliscy znajomi moich rodziców jeszcze z czasów szkolnych. W późniejszych latach oboje zostali profesorami Akademii Medycznej, ja zaś – ich wdzięcznym pacjentem. Jeszcze niżej – brat Adama, Stanisław, jego żona Wanda oraz syn Jacek. Po wielu latach spotkam Jacka jako Pontona, artystę współtworzącego wrocławską grupę Luxus oraz zespół Kormorany. 

Na siódmym piętrze mieszkał poeta Janusz Styczeń. W dzieciństwie nie było mi dane poznać twórczości pana Janusza, wielokrotnie natomiast słyszałem jego głos w łazience. W blokach Manhattanu szachty, w których biegły rury, pełniły dodatkowo rolę magistrali dźwiękowej. Zapewniała ona dostęp do odgłosów ze wszystkich łazienek znajdujących się w danym pionie. Mówiąc eufemistycznie, pan Janusz miał w zwyczaju głośno wyrażać swoje niezadowolenie z zachowania żony. Najwyraźniej łazienka pełniła w ich mieszkaniu rolę „sanatorium dźwięku”.

Na czwartym piętrze spotkać można było pana Romana Aftanazego, ważną postać w świecie wrocławskiej nauki i kultury. Spokojny i szarmancki starszy pan był w moich oczach uosobieniem wszystkiego, co najlepsze, w określeniu „inteligent” w czasach PRL.

Na czwartym piętrze spotkać można było pana Romana Aftanazego, ważną postać w świecie wrocławskiej nauki i kultury. Spokojny i szarmancki starszy pan był w moich oczach uosobieniem wszystkiego, co najlepsze, w określeniu „inteligent” w czasach PRL. Po latach dane mi będzie zapoznać się z jego dorobkiem, studiując historię sztuki. Pan Roman, oprócz wydania opus magnum – „Dziejów rezydencji na dawnych kresach wschodnich”, dał się też poznać jako nieugięty strażnik zbiorów Ossolineum. Jeszcze w czasie wojny pracował w bibliotece Ossolińskich we Lwowie. Po wojnie zaś zabezpieczał i przewoził jej zbiory na tereny Polski. W 1946 roku był członkiem delegacji, która w Przemyślu odbierała m.in. „Panoramę Racławicką”.

O ile mnie pamięć nie myli, na jedenastym piętrze mieszkali państwo Jerie, znajomi mojego taty ze studiów. Panią Marię dobrze zapamiętałem, ponieważ odwiedzała ją siostra bliźniaczka. W okolicach mojej wyprowadzki z Manhattanu obie siostry odegrają ważną rolę we wrocławskiej „Solidarności”. Mąż pani Marii, pan Kazimierz, studiował z moim tatą fizykę i wspólnie odbywali szkolenie wojskowe. Pod nieobecność pana Jerie, jego koledzy wmówili przełożonemu ze studium wojskowego, że nazwisko Jerie ma francuskie pochodzenie i wymawia się je „Żyr”. Od tego momentu oficer zwracał się do pana Kazimierza używając już tylko tej „poprawnej” formy. Ich syna Andrzeja pamiętam jak przez mgłę. Był starszy o cztery lata, więc nie chciał się z nami bawić. Jako nastolatek spotkam go w środowisku punkowców z III Liceum. Później dowiem się, że został księdzem. A potem, że przestał nim być. Dziś jest dyrektorem Ośrodka „Pamięć i Przyszłość”, który prowadzi Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu.

Na marginesie, mniej więcej w tamtym okresie ważnym miejscem dla osób ze śródmiejskiego środowiska alternatywnego był bar „Zbyszko” na Manhattanie, zlokalizowany pomiędzy dawnymi „Delikatesami” a sklepem wielobranżowym „Artur”.

W pewnym momencie, gdy odwróciłem głowę i spojrzałem na Most Grunwaldzki, zobaczyłem znów, chociaż z innej perspektywy, to, co prawie 30 lat wcześniej widziałem z okna.

Opowieści o podobnych „przecięciach ścieżek” mógłbym snuć jeszcze długo. Z nich utkane są moje wspomnienia. Noszę w sobie cząstkę Grunwaldu. Choć nieduża, pozwoliła mi poznać jej wielkie znaczenie, kiedy w 2010 roku stałem w korku na Moście Pokoju. W pewnym momencie, gdy odwróciłem głowę i spojrzałem na Most Grunwaldzki, zobaczyłem znów, chociaż z innej perspektywy, to, co prawie 30 lat wcześniej widziałem z okna. Poczułem skurcz serca i wzruszenie, a następnie falę emocji. Zrozumiałem, dlaczego stoję w korku. Na Grunwaldzkim kręcono film „80 milionów” i scenę demonstracji z 1982 roku. Uświadomiłem sobie też wtedy, dlaczego Grunwald pozostał mi bliski. Bo możesz opuścić Grunwald, ale on na zawsze pozostanie w tobie. Bo był to mikrokosmos mojego dzieciństwa.


Tekst zrealizowany w ramach projektu „Plac Grunwaldzki: archiwum życia codziennego”, przedsięwzięcia współfinansowanego przez Unię Europejską w ramach Europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (NextGenerationEU) w ramach Krajowego Planu Odbudowy. #KPOdlaKultury