[ПРОКРУТИТИ ВНИЗ ДЛЯ УКРАЇНСЬКОЇ ВЕРСІЇ]
Aleksandra Podlejska: Prowadzi Pani Magiel przy ulicy Ładnej. Czy to właśnie miejsce pracy połączyło Panią z osiedlem Plac Grunwaldzki?
Dominika: Pracuję tutaj i mieszkam. Od ponad 60. lat mieszkam we Wrocławiu. Najpierw wprowadziłam się do mojej siostry, do kamienicy przy ulicy Sienkiewicza. Wtedy, po ukończeniu kursów zaczęłam pracę w sztabie wojskowym. Bardzo dobrze mi się tam pracowało. Pośredniczyłam często w rozmowach, ponieważ bardzo dokładnie przekazywałam informacje. Pracowałam na centrali i telegrafie. Wszyscy majorzy, kapitanowie i pułkownicy mieli do mnie duże zaufanie. Byłam tam lubiana.
Dlaczego zamieszkała Pani we Wrocławiu?
Pochodzę spod Bełchatowa. Tam był mój dom rodzinny i nasz majątek. Podczas wojny nas stamtąd wysiedlono i wywieziono w lubelskie, na kwaterę, ale zanim to, poniewierano nas po obozach. Wojna była straszna. Ja, jako ośmioletnie dziecko byłam goniona po nocy przez Niemców, bita kolbami. Podobnie, jak moja pięcioletnia siostra i moja mama, która dwa miesiące wcześniej urodziła dziecko. Przeżyłam bardzo wiele. Po dwóch tygodniach takiego poniewierania, zakwaterowano nas w miejscowości Lipa. Nie mieliśmy tam nic do jedzenia, dopiero pani, u której zamieszkaliśmy czymś nas poczęstowała. Prawie cały czas byliśmy głodni. Moja mama, przez to, że zmuszona była do dużego wysiłku i stresu tuż po porodzie, z czasem bardzo się rozchorowała, w związku z czym zmuszona byłam iść na żebry. Prosiłam ludzi o kilka kartofelków, niewiele, ponieważ byłam skromna. W ten sposób żywiłam moją mamę i siebie. Mój ojciec ukrywał się w tym czasie, ponieważ był Ludowcem. Później dołączył do nas na to wygnanie. Z zawodu był szewcem, więc założył warsztat i przestał się ukrywać. Niemcy zaczęli przychodzić do niego reperować buty. Czasem zostawili papierosy, innym razem kilka złotych. Podczas naszego pobytu tam, wpadłam pod pociąg. Skończyło się to zupełnie roztrzaskaną piętą. Jeden z Niemców, młody sanitariusz, dowiedział się, że jakieś dziecko wpadło pod pociąg i trzeba mu udzielić pomocy. Sam mnie odszukał i kiedy przyszedł do nas, obejrzał moją nogę i kazał przygotować ciepłą „Wasser”. Nakroił do niej mydła i obmył moją piętę. Przychodził codziennie. Moja mama starała się jakoś odwdzięczyć i nim zająć. To pączków mu upiekła, to chociaż się uśmiechnęła, bo nie znała języka, ale jak gęś z prosięciem się dogadali. Ja w tym czasie stroiłam lalki jako panny młode, a on pytał, czy jest kawalerem dla tych moich panien. Mój ojciec bardzo dobrze znał język niemiecki, więc mógł porozumieć się z sanitariuszem, który przychodził do mnie przez dwa miesiące, chcąc wygoić moją nogę. Niestety został przeniesiony na inną stancję. To było tuż przed wejściem Rosjan do Polski i pamiętam, że przysłał kogoś do mojego ojca z prośbą, żeby przywiózł mu garnitur cywilny, bo czuł, że będzie mu potrzebny. Nie było już jednak możliwości, żeby się do niego dostać. Mój ojciec przed wejściem Armii Radzieckiej do Polski został aresztowany przez Niemców i znalazł się w transporcie do Majdanku. Podczas podróży podszedł do kierowcy prosząc go o ratunek. Maszynista rzeczywiście starał się pomagać jak mógł: puszczał dużo pary, zwalniał, starał się, żeby pociąg wydawał jak najwięcej odgłosów. Parowozy były wówczas na węgiel, więc mógł robić takie hece. Kiedy wszyscy klepali zdrowaśki, mój ojciec powiedział, że nie czas na to, ale na ucieczkę. Jako pierwszy wyrwał zabezpieczenia z okien wagonu i wyskoczył z pociągu. Kiedy wyskakiwał, pęd powietrza zarzucił nim w taki sposób, że uderzył plecami o słup telefoniczny, przez co odbił prawe płuco i tuż po zakończeniu działań wojennych, w 1945 roku zmarł.
Po wojnie wróciliśmy do naszej rodzinnej miejscowości, ale tam nie było już naszego gospodarstwa. Zamieszkaliśmy w poniemieckim domu. Nie dostaliśmy żadnego odszkodowania z powodu wysiedlenia, poniewierania, tego że ojciec zmuszony był się ukrywać a ostatecznie zmarł. Potem wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do Wrocławia. Tutaj znalazłam pracę. Tutaj też urodziłam i wychowałam trójkę moich dzieci. Z czasem zostałam zwolniona z jednostki, o której wspomniałam na początku. Trudno było wtedy o pracę, a ja miałam na utrzymaniu dzieci. Szef sztabu próbował mi wtedy pomóc w znalezieniu posady. Ostatecznie nie poszłam do żadnej pracy państwowej, ale zatrudniłam się jako gosposia i prowadziłam dom Pana, który był właścicielem tej olbrzymiej piekarni przy ulicy Sienkiewicza. Było mi tam bardzo dobrze. Na każde święta byłam obrzucana najrozmaitszym pieczywem. Długi czas u nich pracowałam. Moje dzieci chodziły do przedszkola zaraz naprzeciwko naszego miejsca zamieszkania przy Sienkiewicza. Później poszły do szkoły na Reja. Potem mój mąż mógł również zacząć pracę, więc było nam już łatwiej.

Jakie wrażenie wywarło na Pani to osiedle, kiedy tutaj Pani przyjechała?
Było tu bardzo dużo powalonych murów. Ulica Sienkiewicza pełna była gruzów. W miejscu obecnych nowych, betonowych budynków były ruiny domów zniszczonych przez bomby. Ulica Ładna również pełna była gruzów i dziur w zabudowie, które teraz wypełniły nowe budynki. Podobnie było przy ulicy Górnickiego. Nieciekawie było wtedy we Wrocławiu, ale to wszystko powoli wypiękniało. Wbrew temu cieszyłam się, bo mogłam tu wszystko załatwić, chociaż całe życie było mi ciężko.
Jak wyglądało wtedy życie na osiedlu?
Pamiętam sklepy. Od dawna był tutaj, przy Ładnej warzywniak. Były tam naprawdę tanie warzywa. Prowadzili go bardzo wspaniali i życzliwi ludzie. Żal mi, że stąd odeszli, bo przyzwyczaiłam się do nich i pokochałam. Teraz ten lokal prowadzi ktoś inny, nadal czasem go odwiedzam, nowi właściciele też są mili. Na Reja był szewc, który był po wojnie, najpotrzebniejszy, bo obuwie w tamtych czasach nie było tak dostępne, jak teraz. Potrzebny był więc ktoś, kto mógł zreperować buty. Na Sienkiewicza były też sklepy należące do piekarni, u której właściciela byłam gosposią. Nie było tu dużo sklepów, ale to w niczym nie przeszkadzało. Na większe zakupy jechało się do centrum. Po ubrania jechało się do PeDeTu [PDT — Powszechny Dom Towarowy, ob. Renoma przy ul. Świdnickiej].
Jak z czasem zmieniała się okolica, w której Pani mieszkała?
Powstawały nowe budynki. Pamiętam, jak budowano nowe domy przy ulicy Górnickiego. Przez długi czas panował tu w okolicy bałagan. Pełno było gruzu. Z czasem zaczęto to wszystko sprzątać i porządkować. Dość szybko powstawały nowe budynki. Tu na Ładnej, w bramie zaraz za warzywniakiem znajdował się warsztat elektryka, który zajmował się samochodami, a dokładniej ich wnętrzami. Montował wykładziny i obicia. Był tu bardzo długo i dopiero dwa lata temu [2022] zlikwidował działalność ze względu na wiek. Nieraz potrzebowałam kluczy, żeby zmienić pas przy maglu, czy coś przestawić i często chodziłam do niego po nie. Był bardzo życzliwym człowiekiem.
Bardzo dużo zmieniło się tu, na Ładnej. Jak wspomniałam, były tu gruzy i ruiny. Wiele budynków, które były na tej ulicy zburzono w czasie wojny, więc z czasem powstawały nowe domy i ulica wypiękniała. Powstały też sklepy, m.in. pasmanteria [Rozmowa z właścicielką pasmanterii: placgrunwaldzki.com/dzialania/archiwum-sasiedzkie/rozmowy-z-mieszkancami/joanna-konieczna/]. Zaczęło się zupełnie inne życie. Kiedyś była tutaj też apteka, w miejscu której obecnie jest sklep. Dobrze mieszkało się w tej okolicy, bo wszystko można było tutaj kupić.

A kiedy założyła Pani swój magiel i dlaczego akurat tutaj, na Ładnej?
Magiel mam już ponad 30. lat, wydaje mi się, że 36. Przede mną prowadziła ten magiel inna Pani. Niestety nie prosperował zbyt dobrze, bo poprzednia właścicielka nie za bardzo potrafiła maglować. Nie umiała składać i nie robiła tego fachowo. A ja przedtem pracowałam już w maglu i znałam się na tym. Przyszłam tutaj, obejrzałam sprzęt, popróbowałam. Odkupiłam od niej lokal wraz z maszyną i zaczęłam pracować. Nie od razu, ale powoli interes się rozkręcił. Potem miałam powodzenie, przychodziło do mnie wielu klientów i do tej pory jestem w tym miejscu. Tak się przyzwyczaiłam, że nie potrafię się z nim rozstać. W życiu prowadziliśmy wraz z mężem i już dorosłymi dziećmi różne biznesy, kawiarnię na ulicy Partyzantów, przy Domu Kultury. Mieliśmy również kawiarnię i sklep w szpitalu Czterdziestolecia. Potem, na Biskupinie mieliśmy myjnię, którą z czasem przenieśliśmy na Wojnów. Niestety wkupił się do nas pewien oszust, przez którego ją straciliśmy.
Wspomniała Pani, że po przyjeździe do Wrocławia zamieszkała Pani przy ulicy Sienkiewicza. Czy od tego czasu cały czas związana była Pani z osiedlem Plac Grunwaldzki?
Nie. Z czasem przeprowadziliśmy się do mieszkania przy ulicy Partyzantów, które po latach sprzedaliśmy, żeby zakupić domek w Bystrzycy. Teraz mieszka w nim moja córka, a ja kilkanaście lat temu wróciłam do Wrocławia. Zamieszkałam tutaj, na Ładnej, zaraz przy maglu. To było mieszkanie sublokatorskie, które wynajęłam. Pan, który tutaj mieszkał wyprowadził się i teraz zamieszkuję lokal w całości.
Co zadecydowało o tym, że wróciła Pani tutaj?
To, że mieszkałam tutaj przez bardzo długi czas. W Bystrzycy byłam tylko sześć lat. Poza tym tamtejsze powietrze nie było dobre dla mojego zdrowia, zbyt wilgotne.
Jak odbiera Pani osiedle Plac Grunwaldzki?
Osiedle jest wspaniałe. Na pewno jako mieszkańcy mamy wobec niego duże wymagania, nie wszystko nam się tu podoba, ale nie możemy mieć pretensji do tego, co powstało tutaj na przestrzeni wielu lat. Ludzie robili tutaj to, co potrafili i w ten sposób zagospodarowywali to osiedle. Na pewno widać tu pewne błędy, ale nie jest źle. Jest co prawda za mało kwiatów, za mało miejsca na zieleń. Tego brakuje. Mamy tylko park, który jest dość daleko stąd. Przyzwyczaiłam się do życia na tym osiedlu i jest mi tu dobrze. Ludzie są tu dla mnie życzliwi. Z wieloma z nich spędziłam tu już wiele lat. Sama też zawsze staram się być dla wszystkich miła i uprzejma, bo bez ludzi żyć nie można. Powinniśmy miłować bliźnich, jak umiemy. Sama miłuję wszystkich i szanuję wszystkich i chciałabym, żebyśmy wszyscy potrafili tak żyć, bo nienawiść prowadzi do okropnych rzeczy. Wystarczy spojrzeć do czego doszło w Ukrainie. Sama zresztą również przeżyłam wojnę i pamiętam te okropieństwa, które spotkały mnie i moją rodzinę. Nie mogę mieć jednak żadnych pretensji, bo do kogo? Do Boga? Do ludzi? Wróg przez lata był niezwyciężony i Niemcy zanim zrozumieli co robią to stoczyli z nami wiele bitew i wiele wojen, znamy przecież historię.
A jak wyglądały relacje polsko-niemieckie tutaj na osiedlu?
Po wojnie przyjeżdżała tutaj pewna Niemka z synem, która odwiedzała dom prywatny przy Sienkiewicza, w okolicach Górnickiego, niestety nie wiem, który dokładnie. Ten dom należał przed wojną do jej wuja. Niemka przyjeżdżała tutaj, aby odebrać to miejsce, jako swoją własność. Przez lata walczyła o to w sądach. Przychodziła do mnie, do magla i opowiadała mi o tym wszystkim. Po latach udało jej się wygrać. Pamiętam, jak mówiła mi, że nie żałuje, że przez tyle lat przyjeżdżała i walczyła o tę własność.
Czy miała Pani swoje ulubione miejsca w pobliżu, które zniknęły z osiedla?
Przez lata lubiłam chodzić do sklepu przy Benedyktyńskiej. To był prywatny sklep prowadzony przez panią. To był mój ulubiony sklep, w którym przez wiele lat robiłam zakupy. Było tam wszystko, czego potrzebowałam. Teraz w jego miejscu jest Biedronka, z której dziś korzystam. Tak więc w dalszym ciągu chodzę w to samo miejsce na zakupy. Kiedy mieszkałam na Sienkiewicza to tam był sklepik z pieczywem, a dalej mleczarnia, w której zamawiałam mleko. Dostarczano mi je codziennie o siódmej rano pod drzwi w szklanych butelkach. Teraz tych miejsc nie ma, ale jest na Sienkiewicza inna piekarnia, w której kupuję ciasta.
Zdarzało się Pani spacerować po osiedlu?
Tak. Mieszkając jeszcze na Sienkiewicza miałam sąsiadkę, która miała córeczkę w wieku zbliżonym do mojego najmłodszego syna. Razem chodziłyśmy na spacery z dziećmi do Parku Szczytnickiego. To było nasze miejsce spacerów i spędzania czasu z dzieciakami.
A czy teraz ma Pani tutaj swoje miejsce spacerów albo takie, w którym lubi spędzać Pani czas?
Teraz nie. Nie mogę obecnie zbyt dużo chodzić, dlatego najwięcej czasu spędzam w domu i w maglu, w którym przyjmuję i wydaję zamówienia. Czasami, kiedy mam tu więcej pracy to dzwonię do córki, która mi w tym pomaga. Tak naprawdę nie powinnam już pracować, ale nie potrafię przestać. Jestem tak związana z tym miejscem, że chyba tylko śmierć mnie z nim rozłączy.
Czym jest dla Pani Plac Grunwaldzki?
Jest moim najmilszym, najlepszym miejscem na świecie.
Rozmowa zrealizowana dzięki dofinansowaniu ze środków Fundacji EVZ w ramach programu “local.history” i projektu „Plac Grunwaldzki – nieopowiedziana historia”. #SupportedByEVZ
Пані Домініка
Александра Подлейска (АП): Ви є власницею «Magiel» на вул. Ładna. Чи cаме місце вашої роботи було причиною того, що Ви стали пов’язані з мікрорайоном Площа Грунвальдська [Plac Grunwaldzki]?
Домініка (Д): Я тут працюю і живу. Мешкаю у Вроцлаві вже понад 60 років. Спочатку оселилася з сестрою в кам’яниці на вул. Sienkiewicza. Потім, після закінчення курсів, я почала працювати у військовому штабі. Мені там дуже добре працювалося. Мене часто використовували як посередника в розмовах, оскільки вміла дуже точно передавати інформацію. Працювала на комутаторі та телеграфі. Всі майори, капітани і полковники мені дуже довіряли. Мене там любили.
АП: Чому Ви поселилися у Вроцлаві?
Д: Я родом з-під Белхатова. Там була моя родинна хата і наш маєток. Під час війни нас звідти виселили і відвезли в Люблін, щоб розквартирувати, але перед тим нас возили по таборах. Війна була страшна. Мене, восьмирічну дитину, німці переслідували вночі, били прикладами. Так само як і мою п’ятирічну сестру та маму, яка народила двома місяцями раніше. Я багато чого пережила. Після двох тижнів таких знущань нас поселили в селі Липа. Там у нас не було нічого їсти, тільки жінка, у якої ми зупинилися, давала нам щось поїсти. Ми майже весь час були голодні. Моя мама, через те, що їй довелося докласти багато зусиль і перенести стрес відразу після пологів, з часом дуже сильно захворіла, в результаті я була змушена піти жебракувати. Просила у людей кілька картоплин, небагато, бо була скромною. Так я годувала маму і себе. Мій батько в той час переховувався, тому що він був повстанцем. Пізніше він приєднався до нас у цьому засланні. Він був шевцем за фахом, тому створив майстерню і перестав переховуватися. До нього почали приходити німці, щоб полагодити взуття. Іноді залишали цигарки, іноді кілька злотих. Під час нашого перебування там я потрапила під потяг. У мене була повністю розтрощена п’ятка. Один з німців, молодий санітар, дізнався, що під потяг потрапила дитина і їй треба допомогти. Він сам мене розшукав і, прийшовши до нас, оглянув мою ногу і приготував теплий «Wasser». Нарізав у нього мила і помив мені п’яту. Він приходив щодня. Мама намагалася якось відплатити йому тим самим і піклуватися про нього. То пончики йому спекла, то хоча б посміхнулася, бо мови вона не знала, але вони, як гуска з поросям, порозумілися. Я в той час переодягала ляльок у наречених, а він запитав, чи не холостяк він для цих моїх наречених. Мій батько дуже добре розмовляв німецькою, тому зміг порозумітися з санітаром, який приходив до мене протягом двох місяців, бажаючи вилікувати мою ногу. На жаль, його перевели в інший штат. Це було якраз перед вторгненням росіян до Польщі, я пам’ятаю, що він послав когось до мого батька з проханням подати на нього цивільний одяг, оскільки відчував, що він йому знадобиться. Однак до нього вже не було ніякого способу дістатися. Мій батько був заарештований німцями перед приходом Радянської Армії до Польщі і перебував на транспорті до Майданека. Під час поїздки він підійшов до машиніста з проханням врятувати його. Машиніст справді намагався допомогти, як міг: випускав багато пари, сповільнював хід, намагався зробити так, щоб потяг видавав якомога більше шуму. Паровози тоді працювали на вугіллі, тож він міг робити такі викрутаси. Коли всі починали в голос молитись «Богородице Діво», батько казав, що не час це робити, а треба тікати. Він першим зірвав охорону з вікон вагона і вистрибнув з поїзда. Коли він вистрибував, потік повітря підкинув його так, що він вдарився спиною об телефонний стовп, в результаті чого у нього постраждала права легеня, незабаром після закінчення військових дій, в 1945 році, він помер.
Після війни ми повернулися до рідного села, але нашого господарства вже не було. Ми жили в пост-німецькому будинку. Ми не отримали жодної компенсації через переміщення, поневірання, неналежне поводження, і те, що мій батько був змушений переховуватися і врешті-решт помер. Потім я вийшла заміж і переїхала до Вроцлава. Тут я знайшла роботу. Тут також народила і виростила трьох дітей. Згодом мене звільнили з частини, про яку я згадувала на початку. У той час було важко знайти роботу, а у мене були діти на утриманні. Начальник штабу намагався допомогти мені знайти роботу. Зрештою, я не пішла на жодну державну роботу, а влаштувалася хатньою робітницею і керувала будинком пана, який володів величезною пекарнею на вул. Sienkiewicza. Мені там було дуже добре. На кожне Різдво мене засипали найрізноманітнішою випічкою. Я працювала там тривалий час. Мої діти ходили до дитячого садочка навпроти нашого будинку на вул. Sienkiewicza. Пізніше вони пішли до школи на вул. Reja. Потім мій чоловік також зумів почати працювати, тож нам було вже легше.

АП: Яке враження справив на вас мікрорайон, коли Ви приїхали сюди?
Д: Було багато повалених мурів. Вул. Sienkiewicza була завалена уламками. На місці теперішніх нових бетонних будівель були розвалини будинків, зруйнованих бомбами. Вул. Ładna також була повна уламків і пробоїн у будинках, які тепер заповнили новобудови. Подібна ситуація була на вул. Górnickiego. Тогочасний Вроцлав був нецікавий, але він поступово покращувався. Незважаючи на це, я була щаслива, бо змогла тут все реалізувати, попри те, що все моє життя було важким.
АП: Яким тоді було життя в мікрорайоні?
Д: Пам’ятаю крамниці. Тут, на вул. Ładna довгий час був овочевий магазин. Там були дуже дешеві овочі. Керували ним дуже чудові і доброзичливі люди. Жаль, що вони звідти пішли, бо я до них звикла і полюбила їх. Зараз цим місцем керує хтось інший, я все ще іноді відвідую його, нові власники теж милі. На вул. Reja працював чоботар, який був після війни дуже потрібен, тому що взуття в ті часи не було таким доступним, як зараз. На Sienkiewicza були також магазини, що належали пекарні, в якій я працювала покоївкою. Nie było tu dużo sklepów, ale to w niczym nie przeszkadzało. Крамниць було небагато, але це не заважало. За більшими покупками їздили в центр міста. За одягом ходили до PeDeT [PDT – Powszechny Dom Towarowy, тепер Renoma на вул. Świdnicka].
АП: Як змінився район, в якому Ви жили, з плином часу?
Д: Споруджували нові будинки. Пам’ятаю, як на вул. Górnickiego з’явилися нові помешкання. Довгий час там був безлад. Було повно уламків. З часом це все почали прибирати і приводити до ладу. Досить швидко зводилися нові будинки. Тут, на вул. Ładna у брамі одразу за овочевим магазином, була майстерня електрика, який займався автомобілями, а точніше їхнім салоном. Він встановлював килими та оббивку. Він працював тут дуже довго і лише два роки тому [2022] пішов з бізнесу через вік. Іноді мені потрібні були ключі, щоб замінити ремінь на верстаті або щось переставити, і я часто ходила до нього по них. Він був дуже щирою людиною.
Багато чого змінилося тут, на Ładna. Багато чого змінилося тут, на Ладній. Як я вже згадувала, тут були завали і руїни. Багато будинків, які були на цій вулиці, були знесені під час війни, тому з часом з’явилися нові, і вулиця стала красивішою. Також з’явилися крамниці, в тому числі і швейна [Інтерв’ю з власницею швейної крамниці: https://placgrunwaldzki.com/dzialania/archiwum-sasiedzkie/rozmowy-z-mieszkancami/joanna-konieczna/]. Почалося зовсім інше життя. Тут також була аптека, там, де зараз магазин. Добре було жити в цьому мікрорайоні, бо тут можна було купити все.
АП: А коли Ви відкрили свій „magiel” (заклад з машинами для прасування за допомогою системи валиків) і чому саме тут, на вул. Ładna?
Д: Понад 30 років тому, здається, навіть 36. До мене цим закладом керувала інша жінка. Однак, на жаль, справа процвітала не дуже добре, бо попередня власниця не вміла добре прасувати. Не вміла складати і не робила це професійно. А я вже раніше працювала на манглі і знала, що до чого. Прийшла сюди, подивилася на обладнання, спробувала. Викупила у неї приміщення разом з прасувальним катком і почала працювати. Не одразу, але поступово бізнес пішов у гору. Тоді я мала успіх, до мене зверталося багато клієнтів, і я все ще там і досі. Я настільки звикла до цього, що не можу з ним розлучитися. Ми з чоловіком і вже з дорослими дітьми вели різні бізнеси в нашому житті – кафе на вул. Partyzantów, поруч з Будинком культури. Ми також мали кафе і магазин у лікарні „Czterdziestolecie”. Пізніше у нас була автомийка на Біскупіні, яку з часом ми перенесли до Войнова. На жаль, нас обдурив шахрай, через якого ми її втратили.

АП: Ви згадували, що коли приїхали до Вроцлава, то переїхали на вул. Sienkiewicza. З тих пір Ви маєте безперервний зв’язок з мікрорайоном Площа Грунвальдська?
Д: Ні. Згодом ми переїхали до квартири на вул. Partyzantów, яку через кілька років продали, щоб купити будинок у Бистшици. Тепер там живе моя донька, а я повернулася до Вроцлава кілька років тому. Оселилася тут, на вул. Ładna, неподалік від маґлу. Це була суборендна квартира, яку я орендувала. Пан, який тут жив, з’їхав і тепер я повністю розмістилася в цьому помешканні.
АП: Що спонукало вас повернутися сюди?
Д: Справа в тому, що я тут жила довший час. У Бистшици я була лише шість років. Крім того, повітря там не було корисним для мого здоров’я, занадто вологе.
АП: Як Ви сприймаєте мікрорайон Площа Грунвальдська?
Д: Мікрорайон чудовий. Звичайно, як мешканці, ми покладаємо на нього великі сподівання, нам не все тут подобається, але ми не можемо обурюватися тим, що було споруджено тут упродовж багатьох років. Люди робили тут все, що могли, і таким чином розвивали мікрорайон. Можна, певна річ, побачити деякі помилки, але в цілому все непогано. Не вистачає квітів, не вистачає зелених насаджень. Цього бракує. Маємо лише парк, який знаходиться доволі далеко. Я звикла жити в цьому районі, мені тут комфортно. Люди тут доброзичливі до мене. З багатьма з них я прожила тут багато років. Сама я теж завжди намагаюся бути доброю і ввічливою з усіма, тому що без людей не можна жити. Ми повинні намагатися любити своїх ближніх, настільки, наскільки можемо. Особисто я стараюсь доброзичливо до всіх відноситись і поважати, і хотіла б, щоб ми всі так жили, тому що ненависть призводить до жахливих речей. Достатньо подивитися на те, що сталося в Україні. Сама також пережила війну і пам’ятаю ті жахіття, які спіткали мене і мою родину. Однак я не можу тримати зла, бо до кого? До Бога? До людей? Ворог був непереможний роками, німці провели проти нас багато битв і багато воєн, перш ніж усвідомили, що вони роблять, зрештою, знаємо історію.
АП: А як виглядали польсько-німецькі стосунки тут, у мікрорайоні?
Д: Після війни сюди приїжджала певна німкеня з сином, щоб відвідати приватний будинок на вул. Sienkiewicza, в околицях Górnickiego, на жаль, не знаю, який саме. Цей будинок до війни належав її дядькові. Німкеня приїздила сюди, щоб оформити це місце собі в власність. Роками боролася за це в судах. Вона приходила до мене, до маглу й розповідала про все це. Минули роки, їй вдалося перемогти. Пам’ятаю, як сказала мені, що не шкодує про те, що приїздила сюди і боролася за цю ділянку стільки літ.
АП: Чи були у вас улюблені місця поблизу, які зникли з мікрорайону?
Д: Протягом багатьох років мені подобалося ходити до крамниці на вул. Benedyktyńska. То був приватний магазин, власницею якого була пані. Моя улюблена крамничка, в якій я робила покупки впродовж багатьох років. Там було все, що мені потрібно. Зараз на її місці стоїть „Biedronka”, до котрої тепер ходжу. Тож я й досі ходжу за покупками в одне й те саме місце. Коли мешкала на вул. Sienkiewicza, там була хлібна крамниця, а далі – молочарня, де я замовляла молоко. Його доставляли до моїх дверей щодня о сьомій ранку в скляних пляшках. Тепер цих місць немає, але є інша пекарня на вул. Sienkiewicza де я купую випічку.
АП: Чи доводилося вам гуляти мікрорайоном?
Д: Так, коли я ще жила на вул. Sienkiewiczaу у мене була сусідка, яка мала доньку приблизно того ж віку, що й мій молодший син. Разом ми гуляли з дітьми в парку Щитніцкім [Park Szczytnicki]. Це було наше місце, де ми прогулювалися і проводили час з дітьми.
АП: А чи є у вас зараз тут місце для прогулянок або таке, де Ви любите проводити час?
Д: Тепер ні. На даний момент я не можу багато ходити, тому більшу частину часу проводжу вдома і в манглі, де приймаю і віддаю замовлення.Іноді, коли в мене тут більше роботи, я дзвоню доньці, яка допомагає мені з цим. Загалом, мені вже не варто працювати, але не можу зупинитися. Я настільки зв’язана з цим місцем, що, напевно, тільки смерть розлучить мене з ним.
АП: Чим для Вас є площа Грунвальдська?
Д: Це мій наймиліший, наймиліший куточок у світі.
Розмова відбулася завдяки фінансуванню Фонду EVZ у рамках програми «local.history» та проекту «Plac Grunwaldzki – untold story». #SupportedByEVZ
